TO MOŻE BYĆ RAK!

Kiedy miałam 15 lat, po raz pierwszy dotarło do mnie, że mam parszywe geny. Wredne, nieobliczalne, nie do pokonania. Po raz kolejny doznałam tego uczucia pięć lat później. I wtedy wiedziałam już, że mogę żyć jak na prawdziwej bombie zegarowej. Prawdopodobieństwo dziedziczenia niektórych chorób przypada bowiem na co drugie pokolenie. Rak. To słowo co jakiś czas wracało do mnie. Odpędzałam je jak natrętną muchę. Ale ona tylko na chwilę odlatywała. I wracała z jeszcze bardziej upierdliwym bzyczeniem.

Parę lat później wraz z tysiącami osób przeżywałam historię Joasi Sałygi. Śledziłam jej bloga, opowieść, zmaganie się ze śmiertelną chorobą. I podziwiałam za to, jaka w tej chorobie była. Rak zjadał ją po kawałeczku. A ona podnosiła na duchu inne osoby. „Chustka” towarzyszyła mi jeszcze kilka razy w życiu. Podobnie jak historia Agaty Mróz. I jeszcze wiele innych. Młodych ludzi, w pełni sił. Takich, którzy nie mieli prawa umrzeć. A jednak odeszli, pozostawiając po sobie ogromną pustkę.

CIENKA CZERWONA LINIAmucha

Moja natrętna, bzycząca mucha wróciła do mnie w zeszłym roku. Przypadkowe badania krwi wykazały spore nieprawidłowości. Tak ogromne, że podejrzenie wrednej, śmiertelnej choroby zawisło nade mną jak miecz Damoklesa. I wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałam, że mogę nie dożyć 36 urodzin. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie, że te 36 to taka magiczna liczba. Że po jej przekroczeniu nic już mi nie grozi. Byle dotrwać.

Po ponad półrocznej walce o morfologię dotarłam do magicznej cyfry 11,5. I na niej stanęłam. Czasem lekko w dół, ale już nie tak drastycznie. Inne parametry wróciły do względnej normy. Odetchnęłam z ulgą. Do dziś dnia nie wiem ani ja, ani lekarz, co spowodowało te jakże cudowne zachwianie wyników, które kazało mi latać do labu raz na dwa tygodnie.

CZY JUŻ ZROBIŁA PANI TE BADANIA?badania

Odkąd po raz pierwszy dotarło do mnie, że moje geny pozostawiają wiele do życzenia, regularnie stawiałam się na wszystkie badania. Cytologia minimum raz w roku, przegląd podwozia ze dwa razy, regularna morfologia, badanie cycków i inne takie. W głowie mi się nie mieściło, jak można zaniedbywać takie rzeczy. Profilaktyka przede wszystkim.

Gdzieś tak na wiosnę stuknęło mi 36 wiosen. I to był właśnie ten dzień, kiedy pomyślałam: jestem bezpieczna. Buhahahahaha. Los czasem lubi z człowieka ponuro zadrwić. Tamte pamiętne urodziny pokrywały się mniej więcej z kolejną wizytą u specjalisty, podczas której usłyszałam:

Tu coś jest nie tak. Widzę jakieś drobne zmiany. Na razie nie ma powodów do niepokoju jeszcze, ale proszę przyjść za miesiąc.

Po miesiącu zmiany okazały się już mieć 5,5 cm.

To nie wygląda groźnie. Ale zbyt szybko urosło. Proszę zrobić markery.

I wtedy po raz pierwszy zastosowałam metodę wyparcia. Znasz to? Mnie to nie dotyczy. Skoro nie wygląda groźnie, to po co zaraz badania. Jakieś tam markery. NOWOTWOROWE. Już sama nazwa brzmiała beznadziejnie. Cena badań też nie zachęcała. Zresztą, przecież ja wcale nie mam czasu, żeby się po labach znów szlajać… I tak dalej, i tak dalej. Skrajna głupota.

We wtorek wieczorem, zupełnie niespodziewanie, przyszedł sms: Czy ma już Pani wyniki? Zrobiła Pani te badania, prawda? No nieprawda. Nie zrobiła. Niemniej mucha w głowie zaczęła bzyczeć bardzo natrętnie, wręcz się namnażać i w ciągu godziny zamieniła się w stado much. Wrednych, tych zielonych. Wiesz, jak upierdliwie mogą bzyczeć, prawda?

JEDNE Z NAJGORSZYCH KILKU GODZIN W ŻYCIUrak

Na badania pojechałam do szpitala klinicznego. Tylko tam miałam gwarancję, że dostanę wyniki w przeciągu tak naprawdę kilku godzin. Już o 15. tego samego dnia. I uwierz mi, to było najgorsze kilka godzin w moim życiu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, chodziłam wręcz po ścianach. Wiedziałam, że powinnam się skupić na pracy, ale niestety stado much uprawiało jakąś gigantyczną orgię w mojej głowie.

O 15:01 wyciągnęłam drżącą rękę po podawaną przez pielęgniarkę kartkę. Nie miałam siły jej otworzyć natychmiast. Nie przy tych wszystkich ludziach. Wyszłam przed szpital, siadłam na ławce i zaczęłam rozważać różne opcje. A co jeśli…? Co powiem dzieciom? Co będzie z Mężem? Jak oni sobie poradzą wszyscy beze mnie? Przecież, do cholery, skończyłam już te pieprzone 36 lat!

Wynik był negatywny.

Poryczałam się z ulgi. Ale nadal nie dowierzając, wysłałam go do lekarza, by potwierdził. I dopiero ten krótki sms – Wszystko w porządku. – sprawił, że sięgnęłam po spray na muchy.

NIE LEKCEWAŻ OBJAWÓW!

Nie jestem dobra w moralizowaniu. Nie będzie więc długich elaboratów. Wiesz, po co opowiadam Ci tę historię? Kosztowała mnie naprawdę wiele. Oprócz Męża tak naprawdę nikt z rodziny nie wiedział, co przeżywam. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o to, byś nie lekceważył|nie lekceważyła objawów! A nawet jeśli ich nie ma – badaj się regularnie. Wyślij męża, żonę, siostrę, kochanka, partnera czy brata na badania. Macaj cycki! Sprawdzaj, co tam masz w sobie najważniejszego. I te mniej ważne rzeczy też! Na wszelki wypadek.

By mieć pewność. By nic nie przegapić. Bo życie to wielki dar. Szkoda je stracić.

 

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

33 myśli na temat “TO MOŻE BYĆ RAK!

  • 14 lipca 2017 o 03:13
    Permalink

    Dlatego trzeba też życ nie tylko pracować i marzyć! Karola- tak się cieszę, że jest dobrze! <3
    ps.Moje też są parszywe..i moja bomba tez tyka :/

    Odpowiedz
  • 14 lipca 2017 o 09:19
    Permalink

    Jezu, rak to niezły skurwiel. Ciesze się razem z Tobą, że wynik jest negatywny. A co do tych najgorszych godzin w życiu to coś wiem, bo mam takie teraz i czekam…

    Odpowiedz
  • 14 lipca 2017 o 10:37
    Permalink

    Przypominaj o tym częściej! Kobiety się nie badają! A te „akcje społeczne”, jakie są, to jest „pożalsiepanieboshe”. Świadomość musi się zwiększyć i Twój tekst o tym przypomina. 🙂 Ja też mam parszywe geny, ale u mnie bardziej brzuch, serce i mózg. W zeszłym roku też przeżyłam chwile grozy, ale okazało się, że wszystko ok! Ale trzeba być czujną/czujnym.

    Odpowiedz
    • 18 lipca 2017 o 12:12
      Permalink

      Dobrze, że ok! Prawdą jest, że lepiej do ludzi docierają historie z życia wzięte, realnych ludzi, których znają!

      Odpowiedz
  • 14 lipca 2017 o 10:44
    Permalink

    Nie dziwię Ci się, że sobie dałaś taryfę ulgową. Wypieranie daje nam trochę oddechu, choć ma to swoją cenę. Też tak robię, też nie jestem punktualna, bo „to nie mogę być ja”. Dobrze, że to tylko były wielkie oczy strachu, a nie rzeczywistość. Ściskam!

    Odpowiedz
  • 14 lipca 2017 o 11:55
    Permalink

    Podobno każdy ma w sobie raka, tylko nie każdemu się uaktywnia. Taką teorię kiedyś usłyszałam, a duża zachorowalność na tę chorobę jakby to potwierdza. Choć może to totalna bzdura.
    Profilaktyka ładnie brzmi w tv. A w rzeczywistości nie łatwo jest otrzymać skierowanie na bardziej szczegółowe badania, skoro nic nie dolega.. Za kasę nie każdego stać. Ale na pewno warto się potrudzić i przebadać. Dzięki za przypomnienie. Już od kilku miesięcy mówię, że muszę zrobić podstawowe badania i nie robię. Niedługo mam urlop, będzie więcej czasu, ogarnę to.
    Cieszę się, że u Ciebie jest ok.

    Odpowiedz
  • 16 lipca 2017 o 22:15
    Permalink

    O matko, jak to dobrze, że wszystko ok! Twój post na grupie serio mnie przejął, bo chociaż nie widziałyśmy się na oczy, czuję z KOTami taką fajną więź <3

    Odpowiedz
  • 17 lipca 2017 o 21:32
    Permalink

    Bardzo się cieszę, że wyniki okazały się korzystne, chociaż domyślam się, że te najgorsze godziny Twojego życia dostarczyły Ci mnóstwa niepotrzebnego stresu.

    Dobrze, że podzieliłaś się swoją historią. Wierzę, że skłoni to inne osoby do przemyśleń.

    Powodzenia, dużo zdrowia życzę!

    Odpowiedz
  • 18 lipca 2017 o 09:30
    Permalink

    Super, że wszystko wyszło ok!

    „O 15:01 wyciągnęłam drżącą rękę po podawaną przez pielęgniarkę kartkę. Nie miałam siły jej otworzyć natychmiast.”

    Byłem raz w takiej sytuacji, doskonale Cię rozumiem. Chcesz otworzyć, ale cholernie się tego boisz…

    Odpowiedz
  • 18 lipca 2017 o 12:51
    Permalink

    Wiem o czym piszesz. 3 lata temu siedziałam pod labo i czekałam na wyniki mojego CA125. Ulga, jaką odczułam, kiedy okazało się, że jestem zdrowa…… nie do opisania. We wrześniu czeka mnie cała seria badań kontrolnych… nie lubię, bardzo nie lubię, ale trzeba. anikapietruszko.blogspot.com

    Odpowiedz
  • 18 lipca 2017 o 22:53
    Permalink

    Moja Mama długo walczyła z rakiem, więc dla mnie to temat rzeka. Jej i moje przeżycia i emocje, to jak walczyła, jak wygrała, jaka była dzielna, jak cieszyła się każdym dniem, jak nie traciła nadziei, jak bardzo chciała żyć, dla nas, aż w końcu jak powoli gasła, by po ciężkiej batalii odejść… Byłam z Nią w tym wszystkim, a Jej choroba i codzienność stała się i moja codziennością. Dopiero na koniec, kiedy czasu było mało docenilam to wszystko co razem dzielilysmy. Ukształtowała mnie Mama swoją chorobą, zrozumiałam co jest tak na prawdę ważne, jak ważne jest zdrowie które my regularnie olewamy na ogół. Zdążyła mnie nauczyć empatii, może takiego zrozumienia, którego zawsze mi brakowało. Dzięki tej lekcji mogę być tym kim jestem, również zawodowo – studiuję pielęgniarstwo. Uwielbiam ten zawód i pacjentów, to codzienne drobne poświęcenie daje mi wiele satysfakcji i radości – bez tego co przeszltsmy z Mamą nie nadawalabym się na pielęgniarke. Za każdym razem kiedy dowiaduje się czegoś nowego, otwiera mi się nóż w kieszeni że nie wiedziałam tego wcześniej, bo nie wyleczylabym Mamy, ale mogłabym chociaż Jej ulżyć. Tym poświęceniem dla innych chyba gdzieś tam w głębi siebie staram się zadoscuczynic mojej Mamie. Bo Ona zawsze wszystkim pomagała, nie bacząc na konsekwencje. Myślę że byłaby dumna.

    Odpowiedz
    • 25 lipca 2017 o 09:43
      Permalink

      Na pewno byłaby dumna! Tak naprawdę dopiero kiedy doświadczymy pewnych rzeczy, potrafimy zrozumieć. Ściskam Cię mocno.

      Odpowiedz
  • 19 lipca 2017 o 14:40
    Permalink

    Przykre jest to, że za to wszystko przychodzi człowiekowi jeszcze płacić, wywalać pieniądze z portfela :/ cieszę się, że wyniki są w normie. Oby tak było jak najdłużej 🙂

    Odpowiedz
  • 19 lipca 2017 o 21:08
    Permalink

    2 lata temu również „bujałam” się z podejrzeniem nowotworu złośliwego. Pamiętam do dzisiaj pierwszą myśl po diagnozie lekarza – nie zobaczę, jak dorasta mój syn! Na szczęście nie okazał się złośliwy ale te 4 tygodnie pamiętam… każdy dzień analizowania, smakowania każdego dnia bycia razem… Po wynikach nastąpiła radość, która trwa do dzisiaj. Bo przecież żyję, a życie jak sama piszesz, to dar…

    Odpowiedz
    • 25 lipca 2017 o 10:06
      Permalink

      Bardzo się cieszę, że wszystko w porządku! Najgorsze co może być to właśnie ta myśl, co dalej… Co z dziećmi?

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up