Chodząca bomba zegarowa.

Odebrałam wczoraj telefon. Niby nic nadzwyczajnego. Odbieram ich dziennie dziesiątki. Czasem i więcej. Tych prywatnych trochę mniej, ale też się zdarzają.

Kiedy jednak na wyświetlaczu pojawił się napis „Placówka”, z punktu wywołał przyspieszone bicie serca.

Odebrałam drżącą ręką. Naprawdę nie lubię tych telefonów. W placówce wiedzą o tym doskonale i czasem od progu krzyczą „z dzieckiem wszystko dobrze, ale…”. Nie tym razem.

Tym razem usłyszałam coś, czego słyszeć bym nie chciała – „Syn Młodszy się skarży, że go boli brzuszek”.

Czy się przeżarł? Nie wiem.
Czy to wirus? Może…

U mnie jednak pierwsza myśl  w tej sytuacji była: „Powtórka z rozrywki”.

Spakowana byłam w trzy minuty. Kolejne 15 zajął mi dojazd do placówki. Z trzęsącymi się rękoma i ściskiem żołądka.

Już chyba nigdy na hasło „brzuszek” nie będę reagowała normalnie. Wyobraźnia podsuwa od razu wizję szpitala, kroplówek i tej paskudnej, wrednej i zjadającej od środka obawy o życie Młodego.

I wiem, że histeryzuję.
Wiem, że przyczyn takiego stanu rzeczy może być cała masa.
A jednak nie umiem myśleć racjonalnie.

W ciągu 15 minut drogi do domu zdążyłam sprawdzić wszystkie dostępne opcje, czynne laboratoria (dzięki bogu za internet w telefonie) i przeanalizować strategię działania.

Syn Młodszy jest jak chodząca bomba zegarowa.
Mimo to nadal mamy nadzieję, że to był jednorazowy incydent.
I że nigdy więcej się nie powtórzy.

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up