Kung-Fu Karate Mistrz

Miał Syn Starszy jechać na zawody. Nie byle jakie zawody. MISZCZOSTWA*.

Ale nie takie zwykłe – MISZCZOSTWA ŚWIATA.

Miał.

Nie pojedzie.

Takiego zamieszania jak to związane z tymi konkretnymi zawodami w życiu nie widziałam. Burdel pierwsza klasa. Nikt nic nie wie. Licencji nie ma. Treningów nie ma. Certyfikatów nie ma.

Są Święta! (żeby nie było, że nic nie ma 😉 ).

A raczej były.

Ale co tam, jedźmy, spróbujmy, w końcu nie co dzień świętego Jana, kiedy ma się otrzaskać z wielkim światem jak nie teraz? (hahaha – miszczostwa rozgrywane w Bydgoszczy, którą Potwór Starszy ma obeznaną niemal wzdłuż i wszerz)

Pierwszy zaprotestował Potworek:

– Mamoooo, a czy tam przyjadą zawodnicy z całego świata? Naprawdę?

– Synu, z całego to może nie, ale z innych krajów na pewno. Z Czech, Niemiec, Ukrainy, Białorusi, Uzbekistanu, Palestyny, Rumunii, Rosji, Turcji, Kazachstanu – recytowałam, mając w pamięci listę zgłoszeń.

– Ale czy przyjadą ze Stanów Zjednoczonych też?

– A nie, ze Stanów to chyba nie. Nie było nikogo zgłoszonego.

– To dobrze – z Potworka wyraźnie zeszło ciśnienie. – Widziałaś przecież, jak oni tam brutalnie walczą.
(Potwory są świeżo po obejrzeniu serii Karate Kid)

– A no tak, to tak chyba walczyć nie będą. Przynajmniej nie ci spoza Rosji (:P). Poza tym twój brat unika walk, więc możesz być spokojny.

Wyjaśniwszy kwestie zasadnicze, trwaliśmy sobie w miłym przekonaniu: jedziemy, ale bez ciśnienia. Ciśnienie pojawiło się dwa tygodnie przed zawodami. Tematów zapalnych było kilka:

Primo: skąd wziąć forsę na start? W Bydgoszczy czy nie w Bydgoszczy, w końcu to MISZCZOSTWA. Płacimy w euraskach. I to nie małych. Start kilku osób z klubu idzie w tysiące.

Lekkie spięcie pośladków, kilka kursów do instytucji nadrzędnych, mocne spięcie z Najwyższym i temat został ogarnięty.

Za chwilę niestety pojawił się zastępczy- zawodnicy nie mają dresów klubowych. Proszę się nie śmiać, nie mają i już. Nie chce mi się wyjaśniać dlaczego, bo słowa niecenzuralne jak z rynsztoka lecą. Propozycję pożyczenia od roczników poprzednich (po uprzednim zlokalizowaniu właścicieli takowych po zdjęciach) odrzuciliśmy gremialnie. Może chociaż naszywki z orzełkiem stykną?

Tertio: sprawa podstawowa jak brak licencji najwyraźniej sen z powiek spędzała tylko rodzicom potencjalnych mistrzów. Bez licencji nie ma startów w zawodach takiej rangi. Raczej wątpliwą kwestią jest, że ktoś nam na gębę uwierzy, jaki stopień zaawansowania mali karatecy sobą reprezentują. I skąd są.

Mocniejsze spięcie pośladków, drastycznie spięcie wewnątrzklubowe i numery licencji mamy nadane.

Dobra.

Mamy zawodników.
Mamy licencję.
Mamy forsę.
Nie mamy dresów, ale to mniejszy problem.
Jedziemy!

Ale, ale… czy oni w ogóle są przygotowani? Czy ktoś czytał regulamin?

Przewertowałam powyższy wzdłuż i wszerz i wyszło mi, że nie, nie są przygotowani. Przynajmniej nie Potwór Starszy. Wymaganych kata nie umie lub umie niekompletnie, z tymi które, zna startować nie może.

Pat.

Ale nic.
Mamy zawodników.
Mamy licencję.
Mamy forsę.
Nie mamy dresów, ale to mniejszy problem.
Potraktujmy miszczostwa jako trening przed dalszymi startami (że inne kluby jeżdżą na zgrupowania i ćwiczą nawet w okresie świąt, bez przesady! nie musimy być jak każdy!).
Jedziemy!

Po małym zamieszaniu z płatnościami (trzeba osobiście, dzień przed, na miejscu, w środku tygodnia) ogarnęliśmy i ten problem.

Jak widać wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jechać nie powinniśmy. Ale jak się człowiek uprze…

Dwa dni przed Najwyższa Instytucja wydała oświadczenie o treści ni mniej ni więcej takiej: zakaz startu w imprezie XY dla zawodników z licencją Najwyższej Instytucji. (tak, tak, tej samej, która wcześniej była niezbędna, by w ogóle się zgłosić). Najwyższa Instytucja wycofuje swój patronat. Reperkusje nieznane. Nie wolno i już. (Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? – takie ostatnio na czasie, nieprawdaż?)


Chuj bombki strzelił!

I może jeszcze by mi się chciało walczyć i obejść system. Może by się udało ogarnąć całość. Wziąć urlop. Pozałatwiać. Ominąć. Tyle że po raz pierwszy od roku dopadła mnie najgorsza choroba świata (katar) wraz z uroczym łamaniem w kościach i ogólną niemocą. Tym samym odechciało mi się wszystkiego. A już na pewno walki z systemem.

Syn Starszy odetchnął z ulgą (głupio tak dowiedzieć się, że sporo umie, ale w sumie czego innego niż wymagają. I to na oczach „całego” świata). Nie trzeba wstawać z rana, jechać tyli świat, można na luzie trenować i mieć z tego przyjemność.

Jak pomyślał, tak zrobił i z uśmiechem na ustach poleciał na dodatkowy trening.


* pisownia zamierzona 😛

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Jedna myśl na temat “Kung-Fu Karate Mistrz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up