KIEDY MĄŻ WYPROWADZA SIĘ Z DOMU

Za kilkanaście dni miną prawie 2 lata, odkąd Mąż wyprowadził się z domu. Ktoś mógłby powiedzieć, że dramatyzuję, że to wcale nie tak, że przecież to tylko tymczasowo (?)… Zapytałabym, czy chciałby się ze mną zamienić. Sprawdzić, jak to jest, kiedy siedzi się większość czasu samemu, samotnie (a może samodzielnie?) ogarnia Potwory, pcha ten wózek i czasem tylko przychodzi do głowy taka myśl, kiedy wraca się do domu późnym wieczorem, że gdyby teraz nagle coś się stało, to te Potwory tam same…

Mogę przestać wychodzić z domu. Mogę przestać wypuszczać z niego Potomstwo. No dobra, nie całkiem, bo przecież opieka społeczna zainteresuje się w końcu, dlaczego do szkoły nie chodzą. Ale mogę je trzymać za łapkę i wisieć nad nimi jak ten helikopter. Tylko to nie zmieni faktu, że od poniedziałku do piątku, kiedy rzeczy do ogarniania jest najwięcej, jesteśmy w domu w trójkę. Albo w szóstkę, zależy jak liczyć ;).

NIE NARZEKAM, JESTEM DZIELNAkiedy mąż wyprowadza się z domu

Nie, naprawdę nie narzekam. Wiem, że taki układ nie będzie trwał wiecznie. Że kiedyś się to zmieni. Wiem, że to tymczasowe.  Nie wiem tylko, co ta tymczasowość oznacza. Czy to będzie rok, dwa, pięć? Czy może tyle, że już nie będziemy w stanie więcej mieszkać razem? I wiem, że nikomu nie jest w tym układzie dobrze. I że zgodziliśmy się na niego oboje. I że jest to swego rodzaju kompromis. Tylko poczucie zawieszenia jest czasem gorsze niż twardy deadline.

Kiedy mąż wyprowadza się z domu, niezależnie od tego, czy jest to na stałe, na jakiś czas, na dni kilka, zmienia się wszystko. I wszyscy muszą się w jakiś sposób dostosować do nowej sytuacji. Jednym idzie to lepiej, innym gorzej, innym nie idzie wcale.

JESTEM SZCZĘŚCIARĄ

Mówi się, że nic tak nie ożywia związku jak rozłąka. I coś w tym jest. To tak, jakby człowiek na nowo poznawał drugą osobę. Na nowo się do niej przyzwyczajał. I jeszcze raz. I jeszcze. Zafascynowany sprawdzał, czy to na pewno ten sam osobnik, którego tydzień temu odprowadzał na dworzec, któremu podawał walizkę, który co tydzień rozpakowuje torbę, by po dwóch dniach zapakować ją na nowo.

I w tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że to ja jestem tą szczęściarą. Tą, która w tej pokręconej sytuacji, ma lepiej. Bo mam przy sobie Potwory. I koty. I na dokładkę psa. Nie jestem sama. Nie wracam do pustego mieszkanie, gdzie za towarzystwo są mi jedynie stary zdezelowany czajnik i obca kanapa. Jestem u siebie. Jak mam ochotę, zwijam się w kłębek i udaję, że mnie nie ma. A łzy z policzków zlizuje mi pies.

Wychodzę z domu i zamiast skinąć głową obcemu człowiekowi, mówię „cześć” każdej napotkanej osobie. Bo wszyscy się tu znamy. I Potomstwo też zna każdą uliczkę, każdy kamień, każdą pękniętą kostkę brukową i każdą sprzedawczynię w każdym sklepie. I to jest dobre.

I HAVE DECISION TO MAKE

Ja. On. My. Niejedną zapewne. Trudną. Łatwą. Taką, która zaważy na naszych losach na najbliższych kilka lat.

I znów ten dramatyzm… – powie Ktoś.

A jednak nie jest to proste. Tak trwać. Lub przestać trwać. Lub…

Nie mogłabym tak żyć.

W życiu nie zgodziłabym się na taki układ.

Ile tak można?

Długo jeszcze?

Musicie z tym skończyć!

Przeprowadź się.

Niech on rzuci pracę.

Przyjeżdża częściej.

Wraca codziennie.

Ile ludzi, tyle opinii. Jedno jest pewne: kiedy mąż wyprowadza się z domu – da się z tym żyć. Tylko trzeba wiedzieć, jaki ponosi się koszt i na jakie idzie się kompromisy. Żeby potem nie było rozczarowań.

Ps. Historia „z życia wzięta”, aczkolwiek wszelkie podobieństwo do osób żywych lub mniej ożywionych jest absolutnie przypadkowe i niezamierzone. Wyssane z palca, że tak powiem. Może nie z mlekiem matki, bo to mleko nie z palca przecież leciało ;), ale jakby mnie kto po sądach chciał ciągać, to zastrzegam że się nie dam!

Ps2, Dramatyzm jest celowym i zamierzonym zabiegiem – testuję, czy sprawdzę się jako autorka powieści dla samotnych kobiet :P. Tak zwanych wyciskaczy łez, w niektórych kręgach zwanych bestsellerami (ciekawe, czy na takim selerze rosół wychodzi smaczniejszy swoją drogą – w końcu bycie BEST(selerem) zobowiązuje 😉 ).

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

8 myśli na temat “KIEDY MĄŻ WYPROWADZA SIĘ Z DOMU

  • 21 grudnia 2017 o 20:23
    Permalink

    Nie dalabym rady tak zyc. Za chlopakiem, obecnym mezem wyprowadzilam sie do stolicy. Nie zaluje, nie potrafie zyc na odleglosc. Dajesz rade, dobrze sie czytalo 🙂

    Odpowiedz
    • 22 grudnia 2017 o 08:51
      Permalink

      Gdybym miała decydować tylko za siebie, pewnie zrobiłabym tak samo jak Ty :). Ale muszę brać jeszcze pod uwagę kilka innych czynników i wybierać „mniejsze zło” :). Dziękuję, Aniu :*

      Odpowiedz
  • 22 grudnia 2017 o 01:07
    Permalink

    Ja dałam się wkręcić zatem umiesz w pisanie :).
    U mnie taka sytuacja ma miejsce niestety naprawdę..:/

    Odpowiedz
    • 22 grudnia 2017 o 08:50
      Permalink

      Blogierka, u mnie po części też – mąż rzeczywiście pracuje 300 km od naszej wioski i przyjeżdża na weekendy. Współczuję Twoim rodzicom (i Tobie), bo nie jest łatwo odnaleźć się w takiej sytuacji i są dni, że człowiek ma ochotę pieprznąć wszystko w cholerę i pójść, dokąd go nogi poniosą.

      Odpowiedz
      • 23 grudnia 2017 o 03:17
        Permalink

        Ja mieszkam sama i nie widzę tego na codzień, ale jak rozmawiam z nimi albo się spotykamy to boli, i to bardzo. NIby się kochają, ale ze sobą nie potrafią mieszkać no i jest jeszcza 3 osoba..ehh :/.

        Odpowiedz
  • 3 stycznia 2018 o 14:11
    Permalink

    Eh, mój ojciec pływa w Polskiej żegludze Morskiej w systemie 7 miesiecy w morzu/ 3 miesiące w domu mniej więcej. Od zawsze tak było i teraz jak został na dłużej to jest strasznie dziwnie ;P Dobrze że się już wyprowadziłem bo oszalałbym. Nawet mama mimo że przez tyle lat zakochana w nim po uszy jakoś się wierci i pyta czy wypłynie ;P
    Do wszystkiego da się przyzwyczaić i wszystko ma swoje wady i zalety 🙂

    Odpowiedz
  • 5 stycznia 2018 o 14:53
    Permalink

    „I w tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że to ja jestem tą szczęściarą. Tą, która w tej pokręconej sytuacji, ma lepiej. Bo mam przy sobie Potwory. I koty. I na dokładkę psa. Nie jestem sama. Nie wracam do pustego mieszkanie, gdzie za towarzystwo są mi jedynie stary zdezelowany czajnik i obca kanapa”…. Nie wiem, dlaczego to zdanie mnie tak poruszyło! Może dlatego, że przez moment spojrzałaś oczami drugiej strony… To rzadki dar u… ludzi! 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up