Never ending story

Każdy rodzic, który ma w domu małe dziecko wie, że wyjście na spacer jest niezłym wyzwaniem logistycznym.

Najpierw człowiek nosi ze sobą pieluchy, chusteczki, kremiki na odparzenia, na słońce, na wysypkę, puder, oliwkę, trzy rodzaje ubranek na zmianę, czapeczki, smoczki, pierdółeczki... Wymienianiu nie ma końca.

Kiedy dzieć ma jakieś dwa lata, odpadają jedynie pieluchy. Cała reszta pozostaje bez zmian, za to dochodzą: chrupki, paluszki, ciasteczka, bułki, woda, soczek, ciężarówka na sznurku, foremki do piasku i całe miliony przydasi (kamyczki, patyczki, listeczki, kawałki materiałow, szkiełka, muszelki i inne…).

Stopniowo jednak, wraz z dorastaniem potomstwa, gadżety zmieniają wielkość, przeznaczenie, czasem nawet objętość. Mając w domu takiego siedmio- czy dziewięciolatka możemy liczyć na to, że niepotrzebna nam będzie kolejna zmiana ubrań (w końcu się chyba nie przesika, a jak pochodzi trochę brudny, to od tego nie umrze), mokre chusteczki czy inne skarpetki.

Tak też założyłam, wychodząc z Potworami w niedzielę na spacer. I to był błąd!

Korzystając z tego, że niemrawa w tym roku wiosna została z siłą wodospadu wykopana przez lato (nie znaczy to wcale, że się nie ocknie i nie wróci, by nas postraszyć burzami, temperaturami zdecydowanie niższymi niż ustawa przewiduje i ogólną chujnią z grzybnią – chwilowo jednak leży na deskach i trwa odliczanie), wraz z całym narodem postanowiliśmy spędzić trochę czasu poza domem.

Ja chciałam do lasu, Mąż do miasta – decyzja była oczywista: uderzamy do centrum :]

Jako że od dłuższego czasu robię za kierowcę, zaprotestowałam w jedyny możliwy sposób, parkując jak najdalej się dało. Na nic jednak fochy – Mąż parł przed siebie jak wojska konne na Grunwald, Potwory wyposażone w hulajnogi też poczynały sobie całkiem nieźle. W mgnieniu oka dotarliśmy do Placu tak zwanej Wolności (kto był wolny, a kto zniewolony to już inna bajka).

A tam raj: wojsko w ramach promocji swych „usług” prezentowało pięć pojazdów bojowych różnych na wszystkie strony, fontanna świeciła własnym blaskiem, zraszając spragnioną kąpieli gawiedź lekką bryzą. Wraz z fontanną własnym blaskiem na widok wody zaświeciły też Potwory.

I dalejże ujeżdżać po mokrych deseczkach przez środek fontanny, wkładać łapki do chlorowanej (mam nadzieję!) wody i chlapać na brata. Sielanka.

Obserwując Potwory i inne dzieci, które stadnie zaległy przy fontannie, zapragnęłam udać się w miejsce odosobnione na tyle, by dźwięki do mnie nie docierały. Wizja jakoś mniej mi przeszkadzała. Jeszcze tylko ostatnie zdanie rzucone do Potomstwa:

– Ja idę pod tamto drzewko, uważajcie żeby… nie wpaść do fontanny…


Tej ostatniej myśli nie udało mi się dokończyć, ponieważ Potworek wywijając salto przez hulajnogę z malowniczym pluskiem usiadł w jej samiusieńkim środeczku, mocząc nie tylko skórzane buty, ale i spodnie, skarpetki i gacie.

– Synu! – zawołałam z lekką przyganą – Jeśli chciałeś zmienić długie spodnie na krótkie, wystarczyło powiedzieć. Skąd ja ci teraz wezmę ubranie na zmianę?

I tak sobie stałam (a on siedział) w centrum miasta, jakieś 15 km od domu, a ze dwa od samochodu, z mokrym od pasa w dół Potworkiem i żałowałam, że on jednak nie ma tych dwóch lat. Wtedy na pewno ubranie na zmianę miałabym przy sobie…

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up