Nie masz profilu na facebooku, nie istniejesz.



Nie masz profilu na facebooku, to tak jakbyś w ogóle nie istniał – usłyszałam lata temu. Dosłownie lata, bo od tego czasu minęło lekko licząc z 5 lat.

Przez ten czas zżyłam się z twarzoczaszką. Początkowo publikowałam namiętnie na prawo i lewo, linkowałam, lajkowałam (bardzo nie lubię tego słowa) i starałam się robić wszystko, by istnieć.

Tyle tylko, że w tym „istnieniu” zatraciłam samą siebie. Tworzyłam profil ocenzurowany. Nie, nie, nie wrzucałam tam wszystkiego jak leci. Treści były starannie selekcjonowane. Tworzyłam swój wizerunek w oparciu o tak naprawdę nie wiem co.
I nie wiem po co. 
By przypodobać się innym?
By istnieć?
Tak naprawdę 3/4 moich „znajomych” twarzoczaszkowych nie obchodzi moja osoba. 
Zaglądają na mój profil, czytają.
Za chwilę przechodzą do profilu innych osób i zapominają, o czym przed chwilą czytali.
Ten, kto naprawdę chce wiedzieć, co u mnie, zadzwoni, napisze, przyjdzie. 
Nie zadowoli się tym, co opublikowałam, bo jest to zaledwie ułamek mojego życia. 
Niewielki procent.
Ilu z Was tak ma?
Tak naprawdę ile z tych twarzoczaszkowych znajomości jest znajomościami prawdziwymi?
Na ile publikowane posty są prawdziwe i nie są zwykłym lansem?
Ile z tych szumnie zwanych znajomych naprawdę interesuje, co u Was słychać?
Znak czasów?
Może. 
Coraz szybciej.
Coraz więcej.
Coraz intensywniej.
Byliśmy w zeszły łikend w Puszczy odwiedzić Syna Starszego
Ośrodek położony w głuchym lesie. 
Do najbliższej cywilizacji z jednym podrzędnym sklepem kilka kilometrów.
Do najbliższego większego miasta – kilkanaście.
Brak zasięgu.
Brak telewizji.
Całkowita skrajność.
I nagle okazało się, że mamy dla siebie więcej czasu.
Więcej czasu dla dzieci.
Nie spędzamy długich godzin wpatrzeni w ekran telefonu/telewizora/tabletu.
Chłoniemy rzeczywistość.
Czy potrafiłabym tak na co dzień? 
Nie wiem.
Ja, dziecko internetu, które bez telefonu nie rusza się nigdzie, czułam się tam bardzo dobrze.
I nie brakowało mi niczego.
TV nie oglądam od lat. 
Internet chyba powinnam zacząć ograniczać, bo (na starość dochodzę do coraz ciekawszych wniosków 😉 ) życie przecieka mi między palcami.
Nie wiem, czy chcę istnieć tylko jako profil na twarzoczaszce, nie mając z życia nic poza namiętnym publikowaniem postów i życiowym ekshibicjonizmem. 
Co kogo w końcu obchodzi, jaki kolor papieru toaletowego wybrałam w tym tygodniu i czy w lodówce mam tylko światło, czy może jeszcze słoik jogurtu. Naturalnego oczywiście…

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up