DLACZEGO NIE LUBIĘ ODBIERAĆ TELEFONU OD MĘŻA?

Odkąd Mąż wyemigrował do Miasta Seksu, Biznesu i Kokainy (miesiąc temu minęły 2 lata!!), kontaktujemy się głównie przez telefon. Żadne tam nowoczesne skajpaje czy inne seks-mesendżery. Prawdopodobnie, gdybyśmy mieli telefon stacjonarny, komunikacja odbywałaby się tylko przez niego. Wtedy łatwiej powiedzieć, że nie było nas w domu, niż że nie słyszeliśmy telefonu, czy… akurat nie było zasięgu. Dlaczego nie lubię odbierać telefonu od Męża? Powodów jest co najmniej kilka…

Przeniesienie głównego nacisku komunikacji na telefon zostało niejako wymuszone sytuacją życiową, fakt. Pomijam weekendy, kiedy to od piątku przyzwyczajamy się na nowo do swojej obecności, by w niedzielę zacząć przyzwyczajać się do samotności. Gdybyśmy jednak próbowali jeszcze gadać z użyciem kamery… Niee, kamera mnie jednak nie kocha. To medium Starszego Syna.... Read More

Czytaj dalej

ZBOCZENIEC, KTÓRY ZAWRÓCIŁ MI W GŁOWIE

W zeszłym tygodniu zmierzyłam się z własną słabością i po raz pierwszy opublikowałam tekst, który nie do końca jest popychaniem pierdół o duszy Maryni. Własny, osobisty, do którego bardzo się przywiązałam. Nie było to łatwe, bo wiadomo – kto, poza prawdziwą cnotą, nie boi się krytyki. Ale ten zboczeniec tak zawrócił mi w głowie, że nie mogłam nie puścić go w świat. Na szerokie wody.

Muszę przyznać, że tworząc pierwszy rozdział tego tekstu, który być może kiedyś wyrośnie na większy fragment książki, no powiedzmy taką nowelkę jak Janko Muzykant, tylko jednakowoż bez skrzypiec w roli głównej, bawiłam się wyśmienicie. Nie wiem, czy to nie jest złe proroctwo, kiedy autor sam się ze swoich tekstów śmieje? A jak tylko on? ;) I tak mi się po głowie zaczęło plątać, jak te wszy pomiędzy gęstymi puklami, pewne pytanie:... Read More

Czytaj dalej

ZBOCZENIEC

Ponieważ losy mojej kariery literackiej są prawie przesądzone i pisać do szuflady nie będę tylko dlatego, że jej nie mam, zapragnęłam zostać ekshibicjonistką. Wiesz, gołe biusty, walki w kisielu i te sprawy. Na pierwszy ogień idzie zatem możliwość obrzucenia mnie błotem ;). Potem może będzie może coś więcej, kto wie ;).

Gdybym stała teraz przed Tobą w jakiejś małej, zakurzonej salce lokalnej biblioteki, nerwowo obciągając przyciasną marynarkę, a tynk sypałby mi się na głowę (rozważałam opcję z kapiącym dachem, ale zdecydowanie strop walący się na łeb jest bardziej dramatyczny), powiedziałabym, że oddaję w Twoje ręce moją twórczość. No dobra, króciuteńki jej fragment. Taki tyci tyci. Mała próbka chorych możliwości umysłu.... Read More

Czytaj dalej

BAJKA O NIECHCEMISIACH

Kiedy leżałam z Potworkiem w szpitalu parę lat temu, a czas dłużył nam się niemiłosiernie (tak bardzo, że zdążyłam obejrzeć 5 sezonów serialu Suits), trafiliśmy z dzieciem na serię książek o Nudzimisiach. Nudzimisie to takie małe misie, przywoływane magicznym hasłem. Jakim? To akurat jest proste do zgadnięcia – Nudzi mi się! oczywiście. I o ile z ust Potworów te słowa słychać na szczęście coraz rzadziej, to ja sama mogłabym napisać książkę o Niechcemisiach. I to niejedną.

Podejrzewam, że spokojnie byłabym w stanie ogarnąć całkiem pokaźną trylogię. Z antologią, przypisami i Thor wie czym jeszcze. To jak, zaczynamy? Dobra książka ma bohaterów prawda? Nic nie dodaje jej pikanterii tak bardzo, jak porządnie zarysowany i charakterystyczny bohater. Na pierwszy ogień idzie zatem:... Read More

Czytaj dalej

NIE MOGĘ, BO TRZYMAM KOTA

Chciałam dziś napisać piękny, obszerny wpis o niczym – pełen SEO i innych wartościowych długich ogonów. Ale niestety nie mogę. Nie mogę, bo trzymam kota. Kot, moi drodzy, był się zepsuł i powoli zamiast czuć do niego miłość, czułość i współczucie, zaczynam się go bać. Mieć bowiem wirtualnego stalkera to coś zupełnie innego niż posiadanie prześladowcy, który śledzi każdy twój krok. Nawet ten od toalety pod prysznic.

Miałam wrażenie, że będzie to jeden z krótszych wpisów, jakie powstaną na tym blogu, ale kot się zreflektował nieco i miast leżeć pomiędzy mną a klawiaturą, ugniata mnie jak najlepszą poduszkę. Aktualnie jednak stwierdził, że co za dużo, to niezdrowo i położył się na mej prawej ręce. Spróbujcie pisać cokolwiek, kiedy Wasze narzędzie pracy przyciska do podłoża 4 kg kota.... Read More

Czytaj dalej

BUDYŃ TO ZUO!

Jako dziecko uwielbiałam budyń. Czekoladowy, waniliowy, nieco mniej wiśniowy, z sokiem, z konfiturą z wiśni, saute. Rysowałam sobie na nim takie soczyste ścieżki i drążyłam tunele. Mogłam patrzeć, jak sok spływa w głąb miseczki przez naprawdę długie minuty. Napisałabym nawet, że przez godziny, ale to byłoby kłamstwo. Byłam zbyt wielkim łakomczuchem, by opierać się jakiemukolwiek jedzeniu dłużej niż 15 minut. Dopiero po latach dotarło do mnie, że budyń to zuo!

Po raz pierwszy znienawidziłam go w okolicach zerówki. Zamiast pięknie wydrążonej w puszystym kremie soczystej ścieżki dostałam na talerzu, szaro-burą breję, która nie dość, że nie przypominała niczego, to jeszcze znajdowały się w niej dziwne gluty, grudki i pofałdowania. Jednym słowem – bleh!... Read More

Czytaj dalej

KIEDY MĄŻ WYPROWADZA SIĘ Z DOMU

Za kilkanaście dni miną prawie 2 lata, odkąd Mąż wyprowadził się z domu. Ktoś mógłby powiedzieć, że dramatyzuję, że to wcale nie tak, że przecież to tylko tymczasowo (?)… Zapytałabym, czy chciałby się ze mną zamienić. Sprawdzić, jak to jest, kiedy siedzi się większość czasu samemu, samotnie (a może samodzielnie?) ogarnia Potwory, pcha ten wózek i czasem tylko przychodzi do głowy taka myśl, kiedy wraca się do domu późnym wieczorem, że gdyby teraz nagle coś się stało, to te Potwory tam same…

Mogę przestać wychodzić z domu. Mogę przestać wypuszczać z niego Potomstwo. No dobra, nie całkiem, bo przecież opieka społeczna zainteresuje się w końcu, dlaczego do szkoły nie chodzą. Ale mogę je trzymać za łapkę i wisieć nad nimi jak ten helikopter. Tylko to nie zmieni faktu, że od poniedziałku do piątku, kiedy rzeczy do ogarniania jest najwięcej, jesteśmy w domu w trójkę. Albo w szóstkę, zależy jak liczyć ;).... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up