Prowokator(ka), czyli o tym, dlaczego życie Potworów wcale nie jest usłane różami.

Syn Starszy jest dzieckiem bardzo łagodnym, miłym, sympatycznym i w ogóle (z naciskiem na to „w ogóle”). O ile go ktoś nie wkurzy. Wybucha wtedy jak mały gejzerek, a siła zniszczeń zależy od tego, ile rzeczy łatwo ulegających dewastacji znajduje się w otoczeniu.

I tak oto mamy w domu połamane framugi (no dobra nie tylko od trzaskania drzwiami, ale i od kocich ekscesów i ścieżki zdrowia, jaką Kocica Młodsza urządza co rano), latające poduszki, łatwo przemieszczające się książki, szklanki rozbite na ścianach

A nie, to ostatnie to nie Potwór, to jego matka…

Wybuchowość bowiem, jak i małpia złośliwość jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie będę wskazywać, po kim odziedziczyłam je ja, ale doskonale zdaję sobie sprawę, po kim charrrakterek ma Dziecię Starsze.

Tak naprawdę to nie ma ono łatwego życia. Starczy, że się wkurzy na brata, który śmie pierwszy przejść przez drzwi, pierwszy siąść do kolacji, pierwszy dobiec do toalety z pełnym pęcherzem, pierwszy… W ogóle jak on śmie być w czymkolwiek pierwszy, skoro nie od dziś wiadomo, że PIERWSZY (w końcu pierworodny to też pierwszy) jest, był i na zawsze będzie Syn Starszy.

Koniec.

Fine.

Finito.

The End.

Wystarczy zatem, by Potwór Starszy się wkurzył i zaczął rozglądać za czymś, czym warto rzucić (taką poduszką na ten przykład nie warto, za mało efektowne), a już w Matce_Jego_Osobistej jak za przyciśnięciem magicznego guziczka włącza się tryb „złośliwość” (ewentualnie „wściekłość”, ale nie zawsze jej się chce).

Tak też było i wczoraj. Wróciliśmy sobie jak ludzie cywilizowani do domu. Potworek z lekka przebierawszy nogami, ponieważ pęcherz z gumy nie jest i nijak nie chce się rozciągnąć jak gacie cioci Tereski, a w szkole NIE-BY-ŁO-CZA-SU… SIKU-SIKU-SIKU…

Widząc, że już ledwo sapie i ledwo dyszy, pogoniłam do łazienki:

– No, idź, potem zdejmiesz buty.

W tym samym momencie w drzwiach łazienki zdematerializował się Syn Starszy, łypiąc spod oka:

– Mnie się chce bardziej! Idę PIERWSZY!

Potworek zrobil się zielony na obliczu, więc czem prędzej wykorzystałam lukę między Synem Starszym a framugą i wepchnęłam ledwo żywe dziecię do łazienki, informując przy tym Potwora

– Tym  razem on idzie pierwszy, a ty się rozbierz i zaczekaj.

Więcej nie trzeba było. Przemieszczający się lotem koszącym but powędrował pod wieszak, a Syn Starszy nabuzowany jak gar pełen grochówki zaczął się przemieszczać w stronę salonów, siejąc po drodze zniszczenie. Uprzejmie podałam mu kubek, wiem bowiem, że nic tak nie rozładowuje napięcia, jak dźwięk szkła rozbijającego sie o podłogę. Ewentualnie ścianę.

Syn się zawahał. Spojrzał na mnie spod  byka i odłożył kubek na stół, po czym odmaszerował do swojego pokoju, tupiąc głośno.

– Ale o co ci chodzi tak właściwie – zapytałam niewinnie, stając w drzwiach.

– O NIC – wydobył się z gardła Pierworodnego wściekły warkot.

– To dlaczego zachowujesz się w ten sposób?

– BO TY MNIE PRO-WO-KU-JESZ!!!

No i wszystko jasne!

Brawo JA!

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up