PRZYJACIÓŁKA MOJEGO MĘŻA

Pracowałam ostatnio nad pewnym tekstem, który stał się przyczynkiem do powstania tego właśnie wpisu. Będzie to pewnie jeden z tych bardziej osobistych wpisów. Stoją za nim nie tylko przemyślenia, ale i doświadczenia osobiste (nie)stety. Co prawda kiedy słyszymy słowo „przyjaciółka” zazwyczaj na myśl przychodzi nam najlepsza koleżanka, bywa jednak, że tą przyjaciółką jest przyjaciółka męża.

Pewne doświadczenia życiowe są po to, byśmy z nich wyciągnęli wnioski. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że powinniśmy je wyciągać ze wszystkiego, ale wtedy to nic innego byśmy nie robili 😉 Tymczasem są wydarzenia, które po nas spływają jak po kaczce, jak pójście na wódkę z kumplami. No dobra dla niektórych to spłynięcie może się skończyć po trzech dniach, ale to już kwestia tolerancji 😉 Są też takie, nad którymi jednak warto się pochylić ciut dłużej.

KOBIETY GO KOCHAŁYprzyjaciółka

Wkrótce po tym, kiedy poznałam mojego męża, teściowa wzięła mnie na rozmowę wychowawczą. Mam nadzieję, że się mimo wszystko nie obrazi, że o tym piszę (teściowa nie mąż, mąż to pewnie nawet nic o tym nie wie).

Usłyszałam wówczas, że mój mąż ma koleżanki. Że ma ich często więcej niż kolegów. Że w sumie to nie powinnam się przejmować, ale… No właśnie, i tu pytanie do Ciebie:

Przejmujesz się, że mąż ma koleżanki? Że miewa bliskie przyjaciółki? Takie, którym opowiada rzeczy, o których nie wspomina nawet żonie? Hmm…

Ja wiem, że zdrowo jest zachować pewien dystans, własną przestrzeń. Mieć do siebie niczym nieograniczone zaufanie. No ale, helołłłłł! Serio? Serio serio? Niczym nie ograniczone? I nic Wam w duszy nie pika? A może pika-pika?

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKItrawa

Zazwyczaj zaczyna się niewinnie. Żona akurat po uszy zakopana jest w pieluchach, pracy, blogowaniu, fitnessie, whatever. A mąż za miljony cierpi katusze. Taki samotny żuczek.

I wtedy pojawia się ona. Dziwnym trafem często młodsza od żony. Nie zawsze ładniejsza, natomiast zawsze, ale to zawsze ciekawsza. Dlaczego ciekawsza? Bo trawa jest zawsze bardziej zielona w ogródku u sąsiada. Nie wierzysz? Sprawdź!

Nagle okazuje się, że mają wspólne hobby, te same zainteresowania, lubią te same filmy (na które żona patrzeć nie może). Zaczyna się wymiana doświadczeń, podsyłanie linków, filmików. Coraz częstsze rozmowy przez telefon, komunikatory, smsy. Znajome?

COŚ JEST NA RZECZYnapijmy się

Na początku żona zazwyczaj udaje taką nowoczesną, super hiper duper tolerancyjną. No chyba, że rzeczywiście ma w dupie, ale to już problem męża. Zapracowana nie zauważa, kiedy jedynymi tematami do rozmów stają się dom, dzieci i zakupy. Bo hobby nagle mąż zaczął dzielić z kimś innym. A z czasem pewnie i nie tylko hobby.

Jesteś taką żoną? A może Twoja przyjaciółka jest? Właśnie uświadomiłaś sobie, że coś jest nie tak? Zaczynasz się zastanawiać, w którą stronę zmierza Twoje małżeństwo? I bardzo dobrze!

Jeśli już wiesz, że coś jest nie tak, to pierwszy krok to tego, by coś zmienić 😉 Tak, wiem, że brzmi to jak czcze gadanie kaznodziei, ale serio tak jest. Wiedza, to podstawa. A to co z nią zrobisz, to już zależy tylko od Ciebie.

Zaprzyjaźnić się z laską i wykopać męża z domu? Spoko. Wytargać rudą wredną za kudły? Me like it! Olać wszystko i rzucić się w objęcia przystojnego bruneta… kuszące 😉 Rób to, co uważasz za słuszne, ale… nie siedź bezczynnie!

Po drodze możesz oczywiście zrobić rachunek zysków i strat. Podzielić majątek. Podpisać intercyzę. Wziąć rozwód. Albo olać to co mówię – nie obrażę się. Możesz również zajrzeć do innego wpisu (zachęcam gorąco!). Napić się ze mną wódki. Cokolwiek.

Pamiętaj! Możesz zrobić wszystko! To zależy wyłącznie od Ciebie.

Ps. Panowie, a co robią teraz Wasze żony? 😉

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

91 myśli na temat “PRZYJACIÓŁKA MOJEGO MĘŻA

  • 8 lutego 2017 o 08:29
    Permalink

    Na szczęście ja śpię spokojnie :). Jednak wpis bardzo mi sie spodobał, w prosty sposób próbujesz pokazać rzeczy, których często jako kobiety nie chcemy oglądać :). Wzbudzasz niepewność i słusznie. Po Twoich słowach, człowiek zaczyna myślec, czy faktycznie wszystko jest ok? Pozdrawiam, Mamatywna 🙂

    Odpowiedz
  • 8 lutego 2017 o 16:27
    Permalink

    Hmmmm…. czy mówimy o żywym przykładzie, czy tylko teorytuzejmy?

    Odpowiedz
      • 14 lutego 2017 o 13:26
        Permalink

        To wszystko opiera się na zaufaniu. Truizm, ale tak jest. Zaufaniu, które się ma albo nie.Pytanie: Czy ufasz w to, że Twój mąż (nie chodzi mi konkretnie, ale w sensie ogólnym 🙂 nie jest złodziejem? Odpowiedź: Tak, bo zawsze oddaje właścicielowi portfel, który znajdzie na ulicy. Tak, bo nie jeździ na gapę w autobusie, nie bierze do domu długopisów z pracy i nie kradnie ręczników z hotelu… itede… itepe… To, dlaczego zatem martwisz się, że jest cudzołożnikiem? 😉 Kwestia zaufania…

        Odpowiedz
  • 8 lutego 2017 o 19:48
    Permalink

    Mój mąż nie ma koleżanek. To typ informatyczny – najlepiej czuje się z trzema włączonymi komputerami jako kompanami 😀

    Odpowiedz
  • 8 lutego 2017 o 21:13
    Permalink

    Całe szczęście koleżanki mojego męża ograniczają się do moich koleżanek. Raz w życiu byłam w związku, w którym przyjaciółka była zawsze the best i wiedziała wszystko, ja byłam „tą drugą” i powiedziałam sobie: nigdy więcej! Może nie jestem super-duper tolerancyjna, ale dzięki temu żyje mi się lepiej 😉 Spokojniej. Pozdrawiam ciepło!:*

    Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 09:43
    Permalink

    Mam taki epizod za sobą – ja w UK, mąż – niemąż jeszcze na kursie języka i spotyka długonogą rudą, która nawet prosi go o to, by potrzymał jej rączkę jak u dentysty na fotelu siedzieć będzie. Wiedziałam, bo mi mówił o niej. Bo uważamy szczerość za podstawę związku. I bardzo dobrze – bo dzięki temu wie co ja sobie o tym wszystkim myślę (sztylet w serce czy w plecy jej wbić?) i że zawalczyłabym o niego nawet jeśli oznaczałoby to walkę na gołe klaty! Z rudą oczywiście!

    Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 18:26
    Permalink

    Kurcze ile w tym jest prawdy – samo życie 😉
    Ja popieram działanie – tak jak piszesz Karolina – nie siedź cicho, nie udawaj, że nic się nie stało; że to „tylko” koleżanka. Jeśli coś wzbudza Twój niepokój – nie ignoruj tego, nie tłumacz go, tylko po prostu zapytaj, porozmawiaj.
    Ps. Zauważyłaś, że faceci w komentarzach jakoś tak wykręcili kota ogonem? hmm, ciekawa sprawa 😉 😀

    Odpowiedz
    • 10 lutego 2017 o 19:39
      Permalink

      Dokładnie – rozmowa to podstawa. Inaczej problemy tylko narastają.

      Ps. Masz rację. Skubani, może mają coś na sumieniu 😉

      Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 18:59
    Permalink

    Niestety nie ma jednego dobrego rozwiązania 🙂 Na pewno w jakiś sposób trzeba się dostosować sytuacji.

    Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 20:12
    Permalink

    Nie byłabym w stanie tolerować przyjaciółki męża o tym ostrzegałam na samym początku znajomości 🙂

    Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 22:17
    Permalink

    Czujnym trzeba być, ale myślę, że nie powinno się dawać po sobie poznać, że wynika to z naszego poczucia zagrożonej pozycji, tylko raczej z naturalnych konsekwencji relacji, która jest przecież udana 🙂

    Odpowiedz
  • 10 lutego 2017 o 22:17
    Permalink

    Mój mąż ma w pracy 90% kobiet więc siłą rzeczy „koleżanki” z pracy. Jak któraś za często dzwoni to się czepiam i strzelam focha 😛

    Odpowiedz
  • 11 lutego 2017 o 20:08
    Permalink

    Zwrot „Przyjaciółka męża” działa na każdą kobietę jak płachta na byka. No może poza przyjaciółką 😛

    Odpowiedz
  • 11 lutego 2017 o 22:40
    Permalink

    Ja wiem, że XXI wiek i równouprawnienie i postęp itp. ale jednak bliskie przyjaźnie z osobami przeciwnej płci, kiedy jest się już w związku to temat śliski jak chodnik w lutym. Nie polecam. Sama też się kilka razy nacięłam na takie przyjaciółki moich chłopaków (na szczęście już byłych). Nie praktykuję też przyjaźni z innymi mężczyznami niż mój Luby i uważam, że tak jest zdrowo. Trudno, wolę stracić potencjalnie wartościową relację (platoniczną rzecz jasna) niż choćby w najmniejszym stopniu zranić mojego faceta czy zasiać u niego niepewność co do mojego zaangażowania. I uważam, że mamy prawo wymagać tego samego od swoich mężczyzn.

    Odpowiedz
    • 12 lutego 2017 o 18:30
      Permalink

      Hm… Wszystko ładnie pięknie, ale czasami wchodzimy w nowe związki mając trzydzieści i więcej lat. Trudno wtedy oczekiwać, żeby partner(ka) żył(a) w próżni przez poprzednie lata. Ma znajomych, ma przyjaciół płci obojga i myślę, że walka z tym stanem rzeczy jest o tyle niebezpieczna, że niejeden człowiek nie znosi być stawiany przed wyborem „ja albo twoja przyjaciółka/przyjaciel”. Koleżaneczki schlebiające próżnemu z natury mężczyznie to inna sprawa – to nie przyjaciółki zresztą, umówmy się, nie szafujmy tym słowem. Ale też mimo wszystko nie warto moim zdaniem próbować odciąć faceta od wszelkich jego relacji z innymi kobietami. To nie nasza własność, mimo wszystko. Zresztą jeśli będzie chciał zdradzić, zrobi to tak czy inaczej (wiem, jestem stara i cyniczna).

      Odpowiedz
      • 19 lutego 2017 o 13:37
        Permalink

        Zgadzam się, ale jeśli to naprawdę przyjaźń to uważam, że warto taką relację przegadać z partnerem/partnerką. Wyjaśnić, wytłumaczyć i uspokoić. Dowiedzieć się co dla drugiej strony będzie w porządku a co nie – uważałabym np. na proszenie przyjaciółki o radę odnośnie kłótni z dziewczyną. Zresztą nie tylko osoby po 30-tce mają bagaż doświadczeń i przyjaciół obojga płci.

        Odpowiedz
  • 12 lutego 2017 o 12:03
    Permalink

    Myślę, że ta czujność jest zależna od charakteru i sposobu bycia jednej i drugiej osoby. Jedni mężowie mogą być otwarci na nowe znajomości bardziej, a inni mniej. Tak samo z resztą żony. Na świecie jest mnóstwo ludzi o podobnych zainteresowaniach, ale w gruncie rzeczy, tylko ta jedna osoba ma „to coś”.

    Odpowiedz
    • 15 lutego 2017 o 11:31
      Permalink

      Nie zgodzę się, że ta jedna jedyna. Niestety. Ludzie się zmieniają jednak. I nagle może się okazać, że inna też ma w sobie coś pociągającego.

      Odpowiedz
      • 15 lutego 2017 o 22:02
        Permalink

        Pisząc „to coś” miałem na myśli to wszystko co tworzy całość z którą chce się stworzyć coś wyjątkowego. I taka osoba musi (jak dla mnie) być tylko jedna 🙂

        Odpowiedz
        • 17 lutego 2017 o 09:04
          Permalink

          A potem druga, trzecia i czwarta… nie, nie ironizuję. Mam pewnie trochę więcej lat na karku i świadomość tego, że ludzie się zmieniają i ich potrzeby również 😉 A te może po 5, 10 czy 15 lata spełniać inna osoba.

          Odpowiedz
  • 12 lutego 2017 o 19:45
    Permalink

    To trudny temat, bo zazwyczaj nie lubimy się dzielić i podchodzimy nieufnie do innych kobiet. Dodatkowo z mojego doświadczenia wynika, że przyjaźń między mężczyzną i kobietą raczej się nie udaje. Aczkolwiek nie ma co uogólniać – może istnieją na świecie tacy, którzy faktycznie poprzestali na przyjaźni 😉

    Odpowiedz
    • 15 lutego 2017 o 11:35
      Permalink

      Oczywiście, że zdarzają sie wyjątki. W końcu nie z każdej przyjaźni musi od razu narodzić sie coś więcej 🙂

      Odpowiedz
  • 12 lutego 2017 o 21:08
    Permalink

    No ja póki co nawet kandydata na przyszłego męża nie mam, ale zdecydowanie nie jestem tak tolerancyjna, żeby spędzał więcej czasu i opowiadał rzeczy, których nie mówiłby mnie swoim przyjaciółko-koleżankom:)

    Odpowiedz
  • 13 lutego 2017 o 12:21
    Permalink

    haha prawda. Panowie, co robią teraz wasze żony? Ale rudej za kudły bym nie targała. Sama jestem ruda:D

    Odpowiedz
  • 13 lutego 2017 o 17:17
    Permalink

    Tam do piczy! Taki temat, taka dyskusja, a ja dopiero dzisiaj tu docieram!
    Zawsze przy podobnych rozważaniach, zastanawiam się, skąd w kobietach przekonanie, że musi być młodsza?
    „…Nie zawsze ładniejsza, …” – uroda, wprawdzie żaden ze mnie fachowiec w dziedzinie, odgrywa w takich wypadkach niewielką rolę. Atrakcyjność, już dużo bardziej. Kobiety często chyba mylą oba te pojęcia.
    Obieg zdaje się jednak działać w dwie strony. Coraz bardziej nudny, coraz mniej zaskakujący mąż. Spędzający wieczory przed telewizorem w spodniach od dresu oraz za dużym tiszercie, którego zadaniem naczelnym jest maskowanie brzucha. Całości dopełniają klapki basenowe. Demon seksu, który wiecznie narzeka na koalicję, opozycję, korki na drogach, sytuację w kraju i na co tylko może, byle tylko narzekać. Obraz może i przejaskrawiony, ale zastanawiasz się gdzie się podział mężczyzna, w którym się zakochałaś?
    Podobnie w drugą stronę. Rozciągnięta i w dodatku okropna wersja dresu, włosy jak piorun w rabarbar, stale naburmuszona i nie w sosie…
    Przychodzi moment, w którym przestajemy się starać. W domu może i ma być swobodnie i wygodnie, ale to nie jest tożsame z aseksualnie i odstręczająco. Powoli tracimy zainteresowanie osobą, z którą żyjemy ramię w ramię. Bo jesteśmy niecierpliwi i nie potrafimy wykrzesać z siebie zainteresowania jej życiem. Smutne. Proste gesty, a ciężko się na nie zdobyć – „jak się czujesz?”, „jak minął dzień?”, „co dzisiaj robiłaś/eś?”, „wróć szybko”… Zadać pytanie, ale i cierpliwie i z uwagą wysłuchać odpowiedzi. Zaśmiać się z dowcipu. Wspólne posiłki, podczas których rozmawiamy o codzienności. My mężczyźni lubimy czuć się od czasu do czasu mężczyznami, lubimy być chwaleni, dowartościowani, nawet nieco teatralnie. Kobiety potrzebują słyszeć pochwały swego wyglądu, inteligencji. Czemu wraz z postępującym zaawansowaniem związków tak rzadko to czynimy?
    Jeśli ja lub ona ma po co i do kogo wracać do domu, to tak kolegów, jak i koleżanek nie musimy się obawiać. Podobnie rudej. Jej pojawienie to zwykle skutek, nie przyczyna.

    Odpowiedz
    • 15 lutego 2017 o 11:41
      Permalink

      Nie no, oczywista oczywistość. Pytanie na końcu sugerowało wszak, że temat może dotyczyć obu stron 😉 Masz rację, zaniedbanie może być zabójcze dla związku. Ale czy niedomyta, lekko z nadwagą i potarganym łbem żona, za to błyskotliwa z poczuciem humoru itp. jest gorsza od pięknej, atrakcyjnej, zadbanej lecz tępej jak but przyjaciółki? Lub (analogicznie) łysiejacy, mąż z brzuszkiem, oczytany, inteligentny i w ogóle może stanąć w szranki z młodym bykiem, który poza toną mięśni nie ma nic? Wątpię… Ale może jestem idealistką 😛

      Odpowiedz
      • 15 lutego 2017 o 17:40
        Permalink

        Skrajne i mocno obrazowe przykłady sobie obraliśmy – łysiejący mężczyzna z brzuchem, flejowata kobieta z nadwagą. Jaskrawo, ale wcale nie musi być tak ekstremalnie.
        Nie powinienem odpowiadać pytaniem na pytanie, bo to by znaczyło, że z kulturą jestem na bakier, a nie jestem, ale zapytam przewrotnie – czy niedomyta żona, łysiejący mąż, nie mogą poszerzyć pola swoich działań? Do inteligencji i oczytania dołożyć nieco uwagi swojemu zewnętrznemu wyglądowi? Wystarczy, że oczytany i inteligentny mężczyzna wykrzesa z siebie trochę energii, zainteresuje się partnerką, zrzuci rozciągnięty dres i śnieżnobiałą skarpetę najka, zadba nieco o to co ma na głowie. Podobnie błyskotliwa, posiadająca poczucie humoru kobieta wygeneruje uśmiech, wełnianą skarpetę rodem z Zakopanego najlepiej zakopie w koszu z brudną bielizną, a dres wyśle przesyłką poleconą polskiej kadrze olimpijskiej. Nie wymaga stylisty i zachodu w tym niewiele. Czemu idąc na randkę potrafimy zadbać o wygląd i uważamy to za konieczność, a gdy trzymamy już zdobycz w garści przestaje nam się chcieć?
        Młody byk z imponującym przyrostem masy mięśniowej? Nadal uważam, że to nie wiek, ani byk i jego nadzwyczajnie rozwinięta masa mięśniowa determinują do poszukiwań lepszego. Młodsze niekoniecznie musi być lepszym zamiennikiem tego co posiadamy w domu. Ma być po prostu lepsze. Zastanawia mnie w kobietach to przekonanie, młodsze jest lepsze.
        Oczywiście przy pełnej świadomości, że jesteśmy ludźmi i akceptujemy niedoskonałości w nas występujące. Skóra z wiekiem wiotczeje, mięśnie nie są tak elastyczne, ktoś nie chce się zmagać z własnym ciałem i pojawia się brzuch itp.
        Jakiś czas temu, dyskurs mocno poważny z kolegą uprawiałem, odpowiedni do wypitej ilości wina. Włochem z Mediolanu. Miał odpowiedzieć na pytanie – w czym tkwi sekret Włochów? Szczególnie tych z północy. Powiedział ważną rzecz dotyczącą mężczyzn – musi być nonszalancki, nie niechlujny. Nie należy mylić tych pojęć. Myślę, że przy dużej elastyczności, kobiet również się to tyczy.
        Jako ludzie jesteśmy wzrokowcami. Żaden mężczyzna, żadna kobieta, nie zagają rozmowy z nienajomą/ym myśląc – „och! Jaki on/ona inteligentny”. Jeżeli odrzucimy komunały i poprawność polityczną, którymi się karmimy, to pierwszym odbieranym bodźcem jest wygląd zewnętrzny i nim w pierwszej kolejności się kierujemy. Czemu sugerują nam schludnie się ubierać na rozmowę kwalifikacyjną? Czemu stroimy się na randki? Najpierw oceniamy to co widzimy. Tak mi się wydaje. Wyszło wprawdzie, że wszystko sprowadza się do tego jak wyglądamy, a nie kim jesteśmy, a to oczywiście nie do końca prawda. Nie sposób jednak rozłożyć zagadnienie w kilku zdaniach. To rozmowa na długi wieczór przy kominku i butelce. A w idealizowaniu nie ma nic zdrożnego, więc może i jesteś idealistką… taką twardo stąpającą po ziemi.

        Odpowiedz
        • 17 lutego 2017 o 09:03
          Permalink

          Czytając Twoje odpowiedzi, Wilku, potrzebuję czasem kilka dni na ułożenie sobie w głowie odpowiedzi 🙂 (to nie zarzut, wręcz przeciwnie).

          Masz rację – przykłady skrajne. Rzekłabym nawet czarno-białe, a życie ma przecież całą masę odcieni szarości. Ale przyznasz, ze takie bardziej mówią do naszej wyobraźni 🙂

          Młodsze to taka metafora. Lepiej jest powiedzieć – nowsze, inne, nieznajome, tajemnicze, pociągające, tak inne od tego, co mamy na co dzień. Nie jest wcale łatwo interesować się tylko jedną osobą przez całe życie. Tak samo jak nie jest łatwo utrzymać przy sobie zainteresowanie drugiej osoby długie lata. W którymś momencie zżera nas rutyna, a człowiek mówi sobie „a chuj tam”. I idzie w drugą stronę.

          Ok, rozumiem – ów młody byk czy ekstra panna – to jest zainteresowanie na chwilę. Powierzchowność, pożądanie – nic nie trwa wiecznie. Początkowa fascynacja opada i zaczynamy szukać w tej osobie drugiego dna. I nagle okazuje się, że te stare wysłużone kapcie jednak nie były takie złe. Wręcz przeciwnie, były ukochane, udeptane, nasze. I wtedy wracamy do tego, że jednak nie ten wygląd, nie ten seksapil jest ważny. Dobrze, jest ważny. Ale nie najważniejszy. Znacznie ważniejsze okazuje się być to, co człowiek sobą reprezentuje i co ma pod kopułką.

          Czas na to wino 😉

          Odpowiedz
          • 17 lutego 2017 o 12:59
            Permalink

            Tak, nowsze to chyba najlepsze określenie. Nieodkryte, intrygujące. To co w domu, zdaje nam się być już dobrze obeznane. Niczym nas nie zaskoczy, nie zadziwi. A chyba właśnie szkopuł w tym aby porzucić ten scenariusz. Należy od czasu do czasu czymś zaskoczyć, odejść od rutyny i zwyczajowych zachowań. Pokusić się o niekonwencjonalność. Czasem nawet z pozoru głupkowatą. Nie nakręcać sprężyny – mam X lat i już mi nie wypada. Wyrażajmy każdy rodzaj emocji jaki nami targa. Gestami, zachowaniem, śmiechem, tańcem, głupawą. Wszystkim. Jak dzieci. Nie tylko złość, ale przede wszystkim właśnie radość, smutek, podekscytowanie, niepewność itd. Między innymi to sprawia, że nie jesteśmy nudni.

            Rutyna w sensie znudzenia, osiadania na mieliźnie – nie! Rutyna jako pochwała codzienności – tak! Można przecież polegiwać zimowym czasem we dwoje pod kocem, uprawiać modne w tym sezonie hygge, opowiadać głupoty, czytać, pić coś tam. Rutyna, a przyjemna. Tych czynności gdzie rutyna staje się czymś miłym jest nieograniczona ilość na liście. Trzeba chcieć i dozować sobie takie wspólne przyjemności.

            Ludźmi kierują emocje. Naukowo się zdaje popęd nazywa. Choćby nie wiem co, nie zawrócimy wody w rzece. Zawsze, chociaż by dać sobie margines błędu powiem zwykle, pierwszym bodźcem będzie zewnętrzność. Ale jeżeli nic za nią nie idzie, to fascynacja, jak mówisz, minie. I w końcu on/ona budzą się faktycznie któregoś dnia z przeświadczeniem, że do tamtej osoby nic nie czują, a w zasadzie to ich nudzi i to co w domu nie jest takie złe.

            Więc by spiąć wszystko ładnie klamrą, wygląd i to jak się prezentujemy ma znaczenie. To co w nas również. Ów seksapil, o którym mówisz, kobiecość w sensie cech z nim powiązanych, podobnie jak męskość, są nieodzowne w związku jak cegła na budowie. Jednak nie powiązane z naszymi latami, wiekiem. To element naszego chciejstwa. Należy kierować się zdrowym rozsądkiem i znaleźć w tym złoty środek. Bo rozstępy na udach i tak kiedyś się pojawią, obwód w bicepsie nie będzie tak imponujący jak u dwudziestolatka, a mimo to wciąż możemy być dla siebie atrakcyjni.

            Dałem Ci pretekst na kolejną lampkę, mam nadzieję nie butelkę. Więcej nie piszę, bo mógłbym Cię wpędzić w chorobę alkoholową.

          • 20 lutego 2017 o 10:38
            Permalink

            Chyba sobie skrzynkę kupię 😉 I na maj drugą 😀

            Co do atrakcyjności – w pewnym wieku, powiedzmy już tym mniej szczenięcym, to nie wygląd stanowi o atrakcyjności. A przynajmniej nie powinien. A jednorazowe wyskoki celem upewnienia się, czy aby na pewno…hmm?

          • 21 lutego 2017 o 12:01
            Permalink

            No Karola, ja nie chcę wiedzieć, ani widzieć co Ty po tej skrzynce będziesz wypisywać. A w maju…, Twoja skrzynka, plus moja, to w przeliczeniu na godzino-rozmowy daje kilka do kilkunastu dni. Nie wiem jak długo przeciągnie się mój pobyt w Poznaniu i kiedy z niego wyjadę?
            No dobrze, ale czym jest atrakcyjność? Dla mnie atrakcyjność to szereg cech, a wygląd stanowi składową. Może faktycznie wraz z dojrzewaniem jego siła oddziaływania słabnie, ale na pewno jest tym, co uderza jako pierwsze i może determinować dalsze poczynania. Więc ja bym częściowo łączył wygląd z atrakcyjnością. Chociaż jest on, wygląd, kwestią indywidualną. To co wywiera wrażenie na mnie, niekoniecznie musi podobać się komuś innemu. Uroda, wygląd zewnętrzny jest czymś względnym, ale skłaniam się do wniosku, że wygląd wsparty zestawem odpowiednich cech stanowi o atrakcyjności.
            Dla przykładu, ubóstwiam Francuzki. Dla mnie to kobiety idealne. Oczywiście w uogólnieniu. Są niezwykle kobiece, zwiewne, zmysłowe, posiadają mnóstwo seksapilu i wdzięku. Jest w nich jakaś wystudiowana niedbałość. Mimo że nie wszystkie przecież można by wpisać w kanon piękna uniwersalnego, połączenie wszystkich tych cech sprawia, że są niebywale atrakcyjne. Pewnie podobne założenie można przyjąć w stosunku do mężczyzn. Ogół cech stanowi o atrakcyjności, ale wygląd ma w tym niebagatelne znaczenie. On przyciąga, dopiero później intelekt i cała reszta. Powiedziałbym, że to ludzkie.
            Jeśli chodzi o tzw. jednorazowe wyskoki, to nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależności czemu i dlaczego, wydaje mi się jest zbyt dużo żeby spróbować zawrzeć je w jednym, dwóch zdaniach. Różnych rzeczy można poszukiwać w takim jednorazowym wyskoku. Obawiam się, że skrzynka by się nam skończyła, a i tak nie wyczerpiemy tematu.

          • 21 lutego 2017 o 12:03
            Permalink

            Tak na szybko to mi się taka refleksja nasunęła, że może i dobrze, że mi bliżej do krowy holenderki niż Francuzki, bo kto wie, co by się po tych skrzynkach działo. Sodomia i Gomoria 😉

            Do reszty odniosę się wieczorem 😉

          • 21 lutego 2017 o 14:04
            Permalink

            Długi okres mieszkałem w kraju bagiennym zatem względny sentyment do Holenderek zachowałem. Nie tylko tych na pastwiskach, chociaż za szczególnie atrakcyjne faktycznie bym ich nie uznał.
            A…, no i całkowicie bym zapomniał. Karola…, czy Ty aby ze mną nie flirtujesz? I nie mów, że się czerwienisz, bo wystarczająco Cię poznałem i wcale tak nie jest. Więc…

          • 23 lutego 2017 o 09:44
            Permalink

            Wilku, naciągasz mnie na zwierzenia 😉 Ja nie wiem, czy publika to zniesie. Poza tym wiesz, Ty przystojny jak Patrick Dempsey, ja równie piękna jak radiowej urody Maria Czubaszek. Gdzież bym śmiała próbować nawet 😉

            Jakbyś miał zostać w Poznaniu do niedzieli, to książeczki do nabożeństwa nie zapomnij 😉

            Jeśli zaś chodzi o atrakcyjność – tak i nie. Masz rację, pierwsze wrażenie to wygląd zewnętrzny. Ale nie tylko w kontekście „mój Thorze, jaki on piękny!” (bo to nuda, a piękno to pojęcie względne). Ale też zadbania, zapachu, głosu, feromonów i całej tej chemicznej otoczki. Mózg rejestruje wiele rzeczy, z których sobie nie zdajemy sprawy. No bo jak inaczej uzasadnić fakt, że Boguś Linda się podoba? Albo taki Sylwester Stalone?

          • 23 lutego 2017 o 16:18
            Permalink

            Publika zniesie wiele. Poza tym jest łasa podobnych sensacji. Tylko czeka aż zaczniemy zrzucać z siebie ubrania. To dopiero by było. A tak, nic się dotąd nie wydarzyło. Nuda.
            Maria Czubaszek, mówisz … A ja widzę uwodzicielskiego rudzielca. Wydaje mi się, że grasz lepiej niż Kobuszewski. Pachnie mi tutaj delikatną kokieterią.
            Jeśli stanę obozem w Poznaniu, to bez wątpienia na dwa dni. Zatem niedziela również. Tylko nie wiem po co ta książeczka? Aby sobie pod zadek na krzesełku podłożyć, żeby lepiej widzieć co się dzieje przede mną? Siatkarskim wzrostem nie grzeszę, więc pomysł wart rozważenia.
            Co zaś się tyczy motywu przewodniego naszej rozmowy. Musimy nad nią zapanować, bo możemy się tak w nieskończoność przerzucać. Uroda, piękno, to rzecz względna i raczej nie należy z tym dyskutować. Jak mówiłem, to co podoba się mi, niekoniecznie musi podobać się innej osobie. Boguś czy Sylwester są tego najlepszymi przykładami. Ogólne założenie zaś jest takie, że wygląd, schludność, dbałość o siebie jest równie ważne co intelekt i inteligencja. W jakim podziale procentowym, nie wiem, ale jest to z pewnością pierwszy sygnał jaki odbieramy i nie ma co się oszukiwać, że mniej ważny od tego co prezentuje nasze wnętrze. Całość stanowi o naszej atrakcyjności. Bene! Pominąłem coś?

            Umiejętnie połechtałaś moją próżność. Przystojny, Patrick Dempsey, ja…

  • 13 lutego 2017 o 22:33
    Permalink

    No cóż, mój mąż na szczęście, nie ma przyjaciółki, bo być może też bym ją wytargała za kudły 😉

    Odpowiedz
  • 16 lutego 2017 o 21:25
    Permalink

    Ech ech…. temat dla mnie ciężki – mój mąż pracuje w zakładzie, gdzie aż się roi od bab! I niestety nie są to tylko starsze panie, ale i praktykantki, studentki… Na szczęście, potrafimy o tym porozmawiać i dzielić się naszymi obawami. 🙂

    Odpowiedz
  • 17 lutego 2017 o 11:15
    Permalink

    Na szczęście mój mąż jeślli już ma to kolegów i przyjaciół płci męskiej.
    Na pewno nie jest to dla mnie zdrowa relacja i ja bym takiej nie tolerowała.

    Odpowiedz
  • 17 lutego 2017 o 13:45
    Permalink

    Moja koleżanka miewa podobne problemy. Już po zaręczynach, ale facet nadal za jej plecami obmawia ją z „najlepszą przyjaciółką”. Nic dziwnego, że dziewczyna popada już w paranoję i nie odróżnia zdrady od zwykłego kumplowania :/
    /magdasierocinska.wordpress.com/

    Odpowiedz
  • 20 lutego 2017 o 02:05
    Permalink

    No tak, mój mąż nie ma takich przyjaciółek, ale mi się zdarza mieć kolegów, wobec których odczuwam ogromną sympatię. Co prawda na tym się kończy, ale myślę, że on byłby zazdrosny o to, że zajmują moją uwagę. Dlatego czasem lepiej mówić mniej niż więcej, a każdy ma prawo do swoich małych tajemnic. Bardzo fajny wpis. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • 20 lutego 2017 o 10:42
      Permalink

      Dziękuję. Mówić a działać to dwie zupełnie inne sprawy 😉 Jak się relacja wymyka spod kontroli, to druga strona i tak zauważy.

      Odpowiedz
  • 20 lutego 2017 o 07:56
    Permalink

    Może jestem staroświecka, ale w życiu nie pozwoliłabym mężowi na takie przyjaźnie z obawy, że różnie mogłoby sie to skończyć. Myślę zresztą, że odpowiedzialny I dojrzały facet zajmuje się żoną I dzieckiem (dziećmi), nie ma czasu na przyjaciółki ;).

    Odpowiedz
  • 20 lutego 2017 o 20:49
    Permalink

    zgadzam się z My home rules 🙂

    Odpowiedz
  • 3 marca 2017 o 20:56
    Permalink

    Bardzo przyjemny wpis 🙂 Mój mąż ma bardzo mało koleżanek. Miał kiedyś jedną przyjaciółkę, którą i ja poznałam, ale po dłuższym czasie niestety wywinęła nam number i obraziła się na nas, ponieważ nie dostała specjalnego zaproszenia na ślub… POCZTĄ! Znali się od lat, a ona go tak załatwiła. Szkoda słów na to. Tupet jak stąd do Kanady 🙂 Wyszło na dobre – on nadal ma ją w znajomych, a ja nie mam żalu. Ale to już nie to co kiedyś i nie to, żebym była zazdrosna, bo ja jestem taką dość wyluzowaną żoną z dystansem, ale mimo wszystko, tamto doświadczenie pokazało nam z kim mamy do czynienia. 🙂

    Odpowiedz
    • 6 marca 2017 o 15:56
      Permalink

      Moim zdaniem to wszystko jest dobrze, jeśli to my przyjaźnimy się z facetami. Jak mężowie zaczynają z dziewczynami, bywa gorzej 😉

      Odpowiedz
  • Pingback:CZY TRAWA U APETYCZNEJ SĄSIADKI JEST BARDZIEJ ZIELONA? - Wariacje (nie zawsze) na temat

  • Pingback:DLACZEGO NIENAWIDZĘ WIZYT U TEŚCIOWEJ? - Wariacje (nie zawsze) na temat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up