Refleksja dnia poprzedniego

Tak sobie jeszcze dumam nad wczorajszym postem i zastanawiam się, skąd u sporej części nauczycieli tak roszczeniowa postawa? Skąd założenie, że rodzic jest be i w ogóle g… się zna. I dlaczego „moja racja jest najmojsza”? Przede wszystkim jednak zastanawia mnie, skąd taki brak szacunku dla innych. Tak, dokładnie – brak szacunku. Od nazywania wszystkich po nazwisku (wkurza mnie to personalnie, ale może to tylko moja skaza), jakby zupełnie imiona nie istniały:

Iksiński z pierwszej B…
Igrekowski z drugiej C…


Nie wiem, co w tym jest, ale nawet sposób wypowiadania nazwisk bywa często gęsto pejoratywny.

Ja nie twierdzę, że nie ma nauczycieli z powołania. Są, oczywiście że są. Ale są w mniejszości niestety zdecydowanej. Dużo częściej trafia się na nauczycieli z przypadku. Bo gdzie indziej nie znaleźli pracy, to poszli tą „łatwiejszą” ścieżką.

Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że nie wiem, o czym mówię, to służę uprzejmie garstką informacji.

Primo pochodzę z rodziny nauczycielskiej. Moi dziadkowie (i nie tylko) całe życie poświęcili kształceniu (tak, tak, kształceniu – ja od nikogo wychowywania mojego dziecka nie wymagam) młodzieży. W wakacje również, ponieważ szkoła była z gatunku tych z praktykami. I to byli naprawdę nauczyciele z powołania, choć pewnie nie raz uczniowie przeklinali na nich, kiedy śrubka podkręcona była na maxa.

Secundo – spędzałam u dziadków wystarczająco dużo czasu, by widzieć, jak to funkcjonuje. I teraz pytanie kluczowe – dlaczego spędzałam tam tyle czasu? Ponieważ moi rodzice nie mieli tyle urlopu, by ogarnąć wolne w placówkach 😛

Tertio – sama mam wykształcenie pedagogiczne. W szkole odbywałam praktyki. W szkole pracowałam na początku swej „kariery zawodowej”. W prywatnej. I w państwowej. I do dziś bywa, że pluję sobie w brodę, że nie poszłam tą drogą. O ileż łatwiej by miały moje dzieci. Tyle tylko, że mogło by się to ze szkodą dla dzieci cudzych odbyć 😉

I tu dochodzimy do kolejnego aspektu – swoją pracę trzeba lubić. Lubicie swoje? Ja lubię. Jak mi coś w niej przeszkadza, to zazwyczaj jest to czynnik ludzki. A na to niewiele się da zrobić. Ciężko pracować gdzieś, gdzie się styczności z ludźmi różnej maści nie ma.

Często mam wrażenie, że nauczyciele to swojej pracy jednak nie lubią.

Bo bachory wredne.
Bo rodzice roszczeniowi.
Bo hałas (to akurat fakt).
Bo papierologia (gdzieś jej nie ma? – to mówiłam ja, żona urzędnika :P)
Bo nadgodziny (temat rzeka).
Bo wycieczki i odpowiedzialność (co do odpowiedzialności – zgadzam się, przez lata byłam wychowawcą na koloniach i obozach, młodzież miewa pomysły, oj miewa)

Tyle tylko, że nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Każdy sam wybierał. Więc teraz ponosi konsekwencje.

Ktoś powie, że po równo każdemu to już było i nikomu na dobre nie wyszło. Fakt.

Niemniej – trochę empatii by się przydało. To że rodzic chciałby nie martwić się, co z dzieckiem w dzień wolny od zajęć edukacyjnych zrobić, nie oznacza z automatu, że by to dziecko oddał „do przechowalni” do 18stego roku życia. No może czasem… 😉

Ps. Z ostatniej chwili – szkoła Syna Starszego ogłosiła dyżury w dniach 2, 3 i 7 kwietnia. Cichaczem wieszając kartkę na drzwiach szkoły w dniu, kiedy zajęć edukacyjnych już nie było i odbywały się tylko egzaminy szóstoklasistów. Ergo: dramatycznie niewielu rodziców tę informację przeczytało.

Dyżury do godziny 13. … Osobiście pracuję do 16. plus dojazd, więc nie powiem gdzie mogą sobie to wsadzić.

Kiedy pytałam o dyżur 2 tygodnie i tydzień temu popatrzyli na mnie jak na debila „Przerwa jest!”.

I jak tu nie mieć żalu?

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up