SŁUŻBY (NIE)ZDROWIA NIE OSZUKASZ

Ponieważ pies właśnie przeprowadził klasyczny zamach na mojego laptopa, usiłując zepchnąć go z kanapy, post będzie krótki i rzeczowy. O ile mię to wyjdzie, a nie zawsze wychodzi. Wspomniany laptop jednakże już raz zaliczył lot koszący ze stołu, zaplątawszy się w gwałtowny związek z kablem odkurzacza, więc mam nadzieje, że jeszcze się nie obrazi. Na wszelki wypadek będę się streszczać. Rzecz natomiast dotyczyć będzie służby (nie)zdrowia. A to, jak wiemy, budzi niezdrowe (nomen omen) emocje. Zazwyczaj 😉

Syn mi się popsuł. Znaczy już jakiś czas temu i nawet go lekarze naprawili, ale najwyraźniej sami nie mogą w to uwierzyć, bo każą nam się stawiać do kontroli regularnie co 3 miechy. Z tą regularnością co prawda bywa różnie, ale to całkiem nie z mojej winy. Odbębniwszy ostatnią wizytę pod koniec października, usiłowałam się zapisać, jak pani doktor kazała, na początek stycznia, jednakże jakaś katastrofa dotknęła placówkę rejestrującą i zabrakło papieru. Tam bowiem, jak za króla Stanisława Augusta cenią sobie bardzo sztukę kaligrafii i olewają systemy komputerowe. Krótko mówiąc, prowadzą zapisy „na zeszyt”. Jedna ekspedientka u nas na osiedlu też taki prowadziła. Skończyła na bruku, więc sukcesu służbie (nie)zdrowia to ja wielkiego nie wróżyłam w tym październiku, kiedy to odesłali mnie z kwitkiem, bo zapisów na styczeń jeszcze nie prowadzą. Zeszytu nie ma. Przyjść w listopadzie.

OD LISTOPADA DO LUTEGO BUJAŁAM SIĘ JAK TEN LISTEK NA WIETRZElistek na wietrze

Przywiędły i blady. W listopadzie bowiem zeszytów nadal nie dowieźli. Takoż w grudniu. W styczniu znudziło mi się stanie w kilometrowej kolejce i postanowiłam wykazać się sprytem i zarejestrować przez telefon. Niestety, telefony też chyba mają jak za PRLu – każdy jeden trafiał w próżnię. Mogłam sobie dzwonić cały dzień. A nawet tydzień, dwa i trzy. Ni chu ja, żeby ktoś odebrał. A termin uciekał…

W końcu w lutym poszłam po rozum do głowy i wyjątkowo nie odpowiedziało mi echo. Zajrzałam na stronę internetową poradni. Była! Jezusicku, jakżem ja się wtedy wzruszyła. Można rejestrować! Przez internet. To nic, że narzucony termin miał być tym jedynym i nieodwołalnym i jak nie pasuje to dzwonić (sic!!!). Albo przyjechać. I odstać swoje w kolejce, bez gwarancji powodzenia. Nic to, mię generalnie wszystko jedno. Jaki termin narzucą, taki wezmę. Narzucili zaraz po Wielkanocy. Ojojojojoj, panią doktor to chyba szlag trafi, że nikt zaleceń „co trzy miesiące!!” nie słucha. Ale co zrobić. Siła wyższa.

NADEJSZŁA WIEKOPOMNA CHWILAsłużba (nie)zdrowia

Ponieważ jednak starość już jakiś czas temu zapukała do mych drzwi i niestety się od nich odbiłą, złośliwie pozostawiła mi pod wspomnianymi drzwiami kukułcze jajo – sklerozę. O tym, że mamy wizytę dziś, przypomniałam sobie… przedwczoraj. Niby nie najgorzej, ale biorąc pod uwagę, że na każde widzenie powinniśmy się z Synem stawić z kompletem badań, a po drodze wypadła nam Wielkanoc i Lany Poniedziałek, to jakby lipa. Cóż było robić?

Przywdziałam minę „na blondynkę” i pojechałam świecić oczami, zębami, uszami i czym tam jeszcze się dało, żeby tylko nas przyjęto. Zaraz po wejściu do poradni trafił mnie pierwszy szlag. Na szybce rejestracji wielki napis „mamy nowy system, bujajcie się, będziemy obsługiwać sto razy wolniej”. Liczba osób kłębiąca się przed rejestracją dobitnie świadczyła o tym, iż nie są to czcze pogróżki. Cóż było robić. Przełknęłam przekleństwo jedno i drugie, trzecim się zakrztusiłam i wyplułam z siebie całą wiązankę. Syn popatrzył z uznaniem.

Pani doktor – o dziwo stojąca w drzwiach gabinetu – spojrzała na mnie z politowaniem i zapytała o nazwisko. Z wrażenia szczęka mi opadła, ale szybko wróciła na swoje miejsce, kiedy okazało się, że bynajmniej przedstawicielka służby (nie)zdrowia nie za nami wyglądała, a jedynie z kubeczkami trzema udawała się na śniadanie.

O nienienienienienienie! Nic z tych rzeczy. Śniadania pani doktor mają to do siebie, że kończą się w porze obiadu. A tyle czasu to ja nie miałam. Pod wpływem mojego ciężkiego spojrzenia, rzeczona pani doktor spojrzała złowrogo i warknęła: zapraszam. Ale najpierw ciśnienie zmierzyć! I czmychnęła do WC. Ja nie wiem, co ona tam robiła, ale trwało to bez mała 2 tygodnie. Zdążyliśmy Syna zmierzyć, zważyć, w zęby zajrzeć razy 50, a jej nadal nie było.

Kiedy w końcu nadciągnęła z końca korytarza, okazało się, że w łapce trzyma ni mniej ni więcej a… kubeczek z herbatą. Ot, cfaniara! Tak mnie podeszła. Potem już było tylko gorzej. Brak aktualnych badań oraz nietrzymanie się terminów ukarane zostało dodatkową wizytą wyznaczoną za… tydzień!

I znów pół dnia z głowy będzie 🙁

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

Jedna myśl na temat “SŁUŻBY (NIE)ZDROWIA NIE OSZUKASZ

  • 9 kwietnia 2018 o 19:10
    Permalink

    W Polsce publiczna służba zdrowia może przyprawić człowieka o rozstrój nerwowy. A leczenie się prywatnie – o bankructwo.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up