Bezstresowe (?) wychowanie

Tyle się ostatnio mówi o bezstresowym wychowaniu, że się człowiek zaczyna zastanawiać, czy przypadkiem nie wszystko jest stresogenne.
Kupy w pociągach.
Kupy w restauracjach.
Goły biust wystawiany na widok publiczny.
Karmienie po kryjomu w zasyfionej toalecie.
Dzieci zachowujące się zbyt głośno („za dużo swobody!”)
Dzieci zachowujące się zbyt cicho („na pewno zastraszane i bite!”)
Krzycz!
Nie krzycz!
Nie bij!
Nie zwracaj uwagi!
itd. …
Długo bym tak mogła. W końcu macierzyństwo to niekończące się pasmo udręk i stresu. A już najbardziej stresują mnie te wiecznie nienażarte wołoduchy. Leci człowiek z pracy do domu z wywieszonym ozorem. Po drodze zastanawia się, czy z kawałka sałaty, jednego jajka i czerstwego chleba da się coś wyczarować na obiad. Bo jeśli nie to dupa blada. Z uszami.
Pomiędzy jedną zmianą biegów a drugą, jednym czerwonym światłem a drugim (hamulec-gaz-sprzęgło-sprzęgło-sprzęgło) dziękuje bogu, że pacholęcia szczęśliwie nakarmione. W końcu placówka zadbała. Cztery pełnowartościowe posiłki plus suchy chleb dla konia, tfu dla dziecka, co się jeszcze nie najadło (moje!!!). Wraca tenże umęczony człowiek, choć trochę ukontentowan do domu – przynajmniej jeden stres odpada, a tam…
Chała!

I weź tu człowieku wychowuj bezstresowo…... Read More

Czytaj dalej

Bilecik czyli absurdy absurdów

Walcząc z systemem służby (pseudo) zdrowia, miałam wątpliwą przyjemność parkowania w ścisłym centrum Trochę Większego Miasta. Uliczka wąska tak bardzo, że dwa samochody nigdy w życiu by się tam nie zmieściły. Może dlatego zarządzono przejazd jednokierunkowy. Po obu stronach jezdni stoją jednakowoż zaparkowane samochody.
Brama wjazdowa do szpitala jest baaaardzo łatwa do przeoczenia. Sam szpital zaś wejścia ma w podwórku typu studnia.... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up