FRANCJA-ELEGANCJA, CZYLI JESIENNE KĄPIELE W BŁOCIE

Oglądaliście kiedyś serial Suits? Jeden z moich ukochanych. I to wcale nie ze względu na postać głównego bohatera – złego, nikczemnego i zabójczo przystojnego Harveya ;). Oprócz wspomnianego przystojniaka-snoba jedną z głównych postaci jest równie charakterystyczny, ale niestety dość pierdołowaty Louis. Ma on pewną słabość – umiłowanie do kąpieli błotnych. I jak tak sobie dziś wracam wspomnieniami do dnia wczorajszego, to powiem Wam, w życiu bym nie pomyślała, że mój Mąż również kąpiele w błocie pokocha ;).

Weekend na wsi rozpieszczał nas pogodą. Aż żal było nie skorzystać i nie wyciągnąć Gwiazdeczki i Męża na spacer. Potwory niestety odmówiły współpracy. Chociaż… biorąc pod uwagę okoliczności, może to i lepiej. Ogólnie rzecz biorąc, Potwory chyba dorastają, bo coraz częściej zamykają się we własnym pokoju i nawet mamienie ich obietnicą wspólnych wypadów do kina czy kawiarni przegrywa w przedbiegach z „nastoletnimi sprawami”.
Żal mi czasem tych chwil, kiedy uczepieni mojej nogi byli tak bardzo, że do kibla nie szło pójść. Z drugiej strony – powoli zaczynam odgryzać tę pępowinę i oddychać pełną piersią. No, prawie. Za łazienkowego Cerbera robią pies z kotem. Ale wróćmy do kąpieli w błocie.

 OCZOM ICH UKAZAŁ SIĘ LAS…kąpiele błotne

 
Po ostatniej wpadce Męża – kiedy to wymarzyłam sobie spacer po lesie, wśród kasztanów, opadających liści i snujących się po pajęczynach stworów różnych, a otrzymałam błoto, pole, skoszone łany kukurydzy i jakiegoś dzika w oddali – obraliśmy kierunek zgoła przeciwny.
 
Był las, były liście, była fantastyczna ścieżka, z której mój Mąż w którymś momencie postanowił zboczyć. Ma on bowiem taki defekt, że jak już jedną drogę przeszedł, to wracać nią nie chce za nic w świecie. I ten oto syndrom objawił mu się w środku lasu. Do wyboru była droga powrotna (z góry skazana na niepowodzenie) oraz ścieżka w bok. Nie musicie zgadywać, odpowiedź na pytanie, którą poszliśmy, jest oczywista…
 
Tyle tylko, że mój Mąż, rezydujący na co dzień w Mieście Seksu Biznesu i Kokainy, przyjechał na łikend w stroju iście wyjściowym. Skóra i czarne lakierki (no dobra, z lakierkami przesadziłam, ale daleko tym pantoflom do solidnych traperów przeznaczonych na błotniste leśne dukty). I tak sobie w tychże lakierkach skręcił w bok.

RUNMAGEDON DLA UBOGICHkąpiele w błocie

Widzieliście kiedyś jak wygląda trasa Runmagedonu? No to mniej więcej możecie sobie wyobrazić, jak wyglądała owa ścieżka w bok. No więc idziemy. Umorusany jak nieboskie stworzenie pies (ach te kałuże!), lekko tylko zaniepokojona ja i mąż, odstrzelony na ten spacer jak stróż w Boże Ciało. Krok w prawo, krok w lewo i nagle okazało się, że jedyną słuszną opcją jest… rozkrok. Pies dał radę. Moje glany zapadły się w to bagno li i jedynie po kostki. Mąż… cóż, zdaje się, że drzewo, którego łapał się upadając, nie było przygotowane na takie czułości, gałąź pękła, Mąż zaś wylądował łokciem w kałuży.
Wysportowany przy tym jest skubany, muszę przyznać – planka na boku odstawił takiego, że Chodakowska by się nie powstydziła. I zastygł tak, nie mogąc ni ręką ni nogą ruszyć. Tego tylko trzeba było Gwiazdeczce. Zachwycona tym, że pan leży w środku kałuży, wykorzystała okazję i zaczęła Wielką Pardubicką przez to błoto, hamując od czasu do czasu przed Mężem, by oblizać mu lico… I muszę się Wam w tym momencie do czegoś przyznać. Po pierwsze było mi kompletnie wszytko jedno, że ona w tych kałużach, w tym błocie, z tymi pijawkami… A po drugie – że też ja, cholera, nie zrobiłam mu wtedy zdjęcia!
... Read More

Czytaj dalej

JAK ONA TO ROBI?

Przyznam, że temat męczy mnie od bardzo dawna. Czasem spędza sen z powiek. Czasem doprowadza do furii i białej gorączki. A czasem wywołuje niopanowany wręcz gejzer łez. Nie mam pojęcia, jak ona to robi?

Codziennie skoro świt wstaje z uśmiechem na ustach, ubiera się cichutko, wyprowadza psa. Następnie karmi koty, nastawia ekspres do kawy i wodę na herbatę. Potem przygotowuje śniadanie. Budzi czułym pocałunkiem męża, partnera, konkubenta, kochanka (a nawet wszystkich na raz!). Idzie do sypialni dziecięcej i delikatnym czułym gestem budzi dzieci, nucąc cicho.

ONA JEST TAKA PERFEKCYJNA!jak ona to robi?

Dba o potrzeby swoich najbliższych. Dba o dom. O to, by mieli ciepło i czysto. By w domu pachniało jaśminem i wanilią na przemian. By było schludnie i zadbanie.
Wszystko ma zawsze idealnie wyprane, wyprasowane. Złożone w kosteczkę, pod linijkę wręcz włożone do czystych szaf, w których nie uświadczysz kociej sierści. Mieszkanie jest posprzątane nie po łebkach, a wręcz wylizane. Nawet w szafkach kurzu nie uświadczysz. A fugi lśnią oślepiającym blaskiem.
Podłogi błyszczą, zero kurzu, brudu, lepkich plam na stołach, odbitych buziek na lustrach i obrzydliwych smug na lustrach. Na kanapach nie ma sierści, kocich kłaczków, psich kostek i innych gryzaków. Nigdzie nie walają się nieposkladane ubrania, dziecięce zabawki znają swoje miejsce w perfekcyjnie ułożonych na sobie pudłach. Nawet okna ma wymyte nie tylko dwa razy w roku!

TAKA BARZO PERFEKCYJNA, PSIA MAĆ!pani domu

Codziennie przygotowuje dwudaniowy obiad z deserem. I to nie z półproduktów, ale z wyhodowanych na balkonie czy parapecie warzyw, przypraw, ekologicznych gospodarstw, wszystko bio. Własnoręcznie piecze ciasto, ponieważ kupne uczula dzieci.
Sama jest śliczna: włos lśniący, zęby równiutkie, zadbane, idealny makijaż, paznokcie prosto od kosmetyczki, manicure i pedicure bez odrostów wielotygodniowych, idealnie wydepilowana tu i ówdzie.
Inteligentna, obyta, oczytana.  Zna książki najpopularniejszych autorów. I tych bardziej niszowych też. Świat malarzy, twórców, filmy, najnowsze trendy w sztuce, malarstwie, modzie – nic nie jest jej obce. Można z nią porozmawiać na każdy temat. Nie jest nudna, ma swoje zdanie, jest intrygująca. Idealna.
Zabawna, pełna życia, ma poczucie humoru. Jest błyskotliwa, złośliwa kiedy trzeba. Kiedy indziej łagodna i potulna. Potrafi jednak tupnac noga. Wszyscy do niej lgna. Dla każdego znajdzie dobre słowo i nigdy przenigdy nie traci cierpliwości.
Nie wiem, jak ona to robi.  No jak?
Potencjalna ona.
Ale wiesz co? Perfection sucks! ;)
... Read More

Czytaj dalej

ZUPA (NIE) BYŁA ZA SŁONA!

Jako gospodyni domowa zdecydowanie zasługuję na kubeczek ChPD. Pretendowałabym do tytułu, ale niestety jest on dawno zajęty. A nosząca koronę królowa zdążyła na ten temat już książkę napisać. Ja też zdążyłam. Tylko na nieco inny. I wcale nie o tym, że zupa (nie) była za słona!

Stertę prania mam w domu przeogromną. Złożoną z wsadów z co najmniej pięciu pralek. Była nawet posegregowana, ale jakoś tak wyszło, że się znów wszystko pomieszało. Co więcej, nie tylko nie chce mi się tego wszystkiego wyprasować. Mnie się nawet nie chce niewyprasowanego do szaf powkładać. Trzeba by to było przecież wtedy posegregować.... Read More

Czytaj dalej

CZY TEST DNA POTWIERDZI OJCOSTWO?

Moje potworne dzieci nie przestają zadziwiać. To że doprowadzają swoimi pomysłami do szału mnie, to już wszyscy wiedzą. Co się kłębi w ich głowach? Jakim tokiem rozumowania idą ich myśli – pozostaje zagadką dla wszystkich. Czasem zastanawiam się, czy jest jakiś test na potwierdzenie rodzicielstwa? Coś jak na test DNA, by potwierdzić ojcostwo, tylko dla obojga rodziców ;)

Siedzi sobie taki Potwór Starszy przy stole na przykład i kombinuje. Wystarczy na niego spojrzeć. Od razu wiadomo, że w głowie kotłuje mu się, niczym całe stado dzikich węży, jakaś myśl. A potem w moją stronę leci zatruta strzała:... Read More

Czytaj dalej

CO ZMIENIŁABYM W SWOIM ŻYCIU, CZYLI LISTA 5 RZECZY DO POPRAWKI

Nie ma co ukrywać, latka lecą i człowiek coraz częściej zastanawia się nad tym, czy wszystko w tej otaczającej go rzeczywistości jest si. I niestety zdarza mi się dojść do wniosku, że jednak nie. Żeby nie było – patrząc globalnie, jest całkiem nieźle. Ale jak się tak przyjrzeć szczegółom… A zatem, szczera spowiedź: co zmieniłabym w swoim życiu, czyli lista 5 rzeczy do poprawki.

Patrząc wstecz, widzę jak na dłoni błędy, które popełniłam. Ale przecież nie myli się tylko ten, co nic nie robi, prawda? Nie są to jakieś błędy kardynalne, choć gro z nich miało całkiem spory wpływ na otaczającą mnie obecnie rzeczywistość. Przede wszystkim – ukształtowały ją.

 ... Read More

Czytaj dalej

NA URLOPIE ODPOCZYWAMY!

Powszechnie wiadomo, że człowiek jedzie na urlop po to, by się zrelaksować. Ukoić nadszarpnięte nerwy, oderwać od rzeczywistości, zmienić otoczenie. By było to w pełni możliwe, najlepiej jakby się odciął od internetu, ponieważ Internet na ulopie to samo ZUO!

Nie wierzycie? A jednak. Ledwie człowiek zdoła otworzyć oczy, a już lepka rączka wysuwa się w kierunku telefonu. U tych bardziej uzależnionych w kierunku tabletu bądż laptopa. W ekstremalnych przypadkach delikwent śpi przytulony do klawiatury, a ekran miga mu do snu – budzi się potem co prawda cały w kosteczkach klawiszowych odciśniętych na policzku (delikwent nie ekran), ale kto by się tam przejmował?

O SZKODLIWYM WPŁYWIE DOSTĘPU DO SIECI NA URLOPIE, CZYLI JAK ZAPOMNIEĆ O BOŻYM ŚWIECIE

facebook-social-media-internet
 
A jak już owa lepka rączka dorwie się do sieci, rozpoczyna się szaleńczy taniec zmysłów i paluszków (bez skojarzeń proszę! albo kojarzcie dowoli, w końcu urlopy sprzyjają ;) ). I tak przelatuje tablica za tablicą, post za postem, mail za mailem, wiadomość za wiadomością, godzina za godziną. Też tak macie?
 
O jasna cholera! Jak to się stało, że jest już południe? Zbieram zatem siebie, Potwory tańczące pogo na ścianach nowiuśkiego apartamentu, który wynajęłam za ciężkie złocisze, gadżety plażowe, gadżety lanserskie, telefonik (oczywiście!) i wybiegamy na plażę… wprost w objęcia 9 w skali Beauforta, ulewnego deszczu i przenikliwego zimna.letnia burza
No tak! W amoku pakowania zapomniałam sprawdzić jaka będzie pogoda! Przecież do 14 miało padać.
Skrzydełka nam oklapują. Siadamy każdy na swoim tapczanie i zanurzamy się po raz kolejny w czułe objęcia internetu, by na kilkadziesiąt następnych minut zapomnieć o Bożym świecie. I niestety o sobie nawzajem też.
Internet to ZUO! Pożeracz czasu, wyniszczacz oczu, zjadacz więzi międzyludzkich. Kiedy sobie uświadamiam, że nie zamieniłam z Potworami nawet pół słowa, jest już piętnasta. Szlag!
No trudno, jeden dzień ich nie zbawi. W zasadzie pół dnia. Przecież wstalismy o 9, teraz jest 15, mamy jeszcze mnóstwo godzin wspólnego czasu. Razem. Nie przychodzi mi tylko do glowy, że zachęcone moim milczącym przyzwoleniem Potwory, nie będą chciały spędzać czasu ze mną, bowiem świat wirtualny okaże się znacznie bardziej interesujący. 
Udaje mi się na szczęście przebić przez tę skorupę. Na początek własną, potem Potworną. Zakładamy na siebie piętnaście warstw różnych, sztormiak i sandały (kaloszy zapomniałam, ale przecież i tak w morzu będą brodzić boso, więc co im za różnica?) i udajemy się na plażę.

NA PLAŻY SŁOŃCE PRAŻYurlopowy wypoczynek

No chyba jednak nie. Po dotarciu na plażę (300 metrów asfaltem, turystyczna infrastruktura, 300 metrów przez las) stwierdzamy organoleptycznie, że co prawda padać przestało, ale dziewiątka utrzymuje się jak nic.
Fale pod sufit, połowa plaży gdzieś zniknęła, a zamiast niej wszędzie wylewa się woda – istny armagedon! Potwór Starszy ucieszył się jak prosię w deszcz i od razu rozpoczął eksperymenty. 
Jak daleko poleci z wiatrem rzucony patyk?
Czy da się biec pod wiatr?
Jak szybko da się biec z wiatrem?
Czy jak podskoczy to poleci do chmur?
A może uda mu się położyć w powietrzu?
Prawie się udało. A jak wiadomo, prawie robi różnicę i w ostatniej chwili rymsnął na dziób. Prosto w mokry piasek.
Potworka Młodszego na widok pochłoniętej plaży lekko zatchnęło. Niewątpliwie miał w tym swój udział szalejący wiatr, Syn Młodszy bowiem z racji swej mizernej postury ledwie się na tym wietrze na nogach trzymał.
W pewnym momencie odwrócił się tyłem do szalejącego morza i przekrzykując szum fal zawołał rozpaczliwie:
Mamooooo, mnie od tego wiatru boli brzuch!
 
Jeden krótki rzut oka na jego sino-zielonie lico pozwolił mi stwierdzić, że Potworek dostał choroby morskiej na sam widok szalejącego żywiołu.
Oderwaliśmy zatem Potwora Starszego od eksperymentów i podjęliśmy karkołomną próbę powrotu na salony.
... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up