Co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze?

Zdjęcie zaczerpnięte z sieci

Często zdarza mi się zaglądać na blogi innych. Mam kilkanaście takich, które obserwuję namiętnie, subskrybuję, podglądam z ukrycia.
O różnej tematyce: fotograficzne, fitnesowe, o włosach, makijażach, parentingowe (takie modne słowo), o finansach, samochodowe, dizajnerskie, przyrodnicze. Najbardziej jednak lubię takie o dupie Maryni. Pisane z humorem, sporą dawką sarkazmu, do bólu prawdziwe i nie przyprawiające mnie o ból głowy w temacie: „mam tak krzywo pomalowane paznokcie, a kawałek koszuli wystaje spod kurtki”.

Czytając właśnie takie blogi „o wszystkim i o niczym” czuję, że podglądam innych. Tych, którzy swoje życie wystawiają na widok publiczny. Tych, którzy chcą być czytani (I nikt mi nie wmówi, że osoba wystawiająca swe życie na pokaz, nie chce być czytana. Jakby nie chciała, to by pisała pamiętnik, a nie otwartego bloga!).
Ale bez obaw – nawet te z pozoru prawdziwe, dupio-maryniowate w 90% są mocno cenzurowane i kreowane na inne niż rzeczywistość wygląda naprawdę. Seriously. 
No dobra, tylko z rzadka ta prawda bywa lekko jedynie podkolorowana. Albo tylko jej część jest publikowana ;)
Mam pełną świadomość, że tak jest. Co więcej – sama tak robię. Nie napiszę przecież, że tworzenie jednego posta zajmuje mi czasem kilka godzin, jak inna blogerka (nie, nie, nie pretenduję do miana blogera, po prostu nie mając osoby dorosłej pod ręką w życiu codziennym, muszę znaleźć ujście dla swej frustracji :P) tworzy cztery posty na pięć różnych blogów w 15 minut. 
CZTERY!
NA PIĘĆ BLOGÓW!
W 15 MINUT!
I to nie byle jakie – takie ze zdjęciami, inspiracjami, linkami i w ogóle
Mnie się zaś strumień świadomości ulewa i nie mogę przestać. Dobrze jeszcze, że znaki przestankowe stawiam, bo jakby nie, to kaplica
Z gadaniem też tak czasem mam. 
Rzadko. 
Głównie jak się stresuję. Swojemu dentyście sprzedałam już chyba całą historię życia. Ale zwalam to na karb środków znieczuleniowych. Tak, by się usprawiedliwić choć trochę.

AD REM, CZYLI JAKA JEST PRAWDA. 

Nie napiszę zatem, że post powstaje w męczarniach, a ja zamiast leżeć w białej pościeli w delikatne kwiatki, a na tacy made in Ikea mieć rogalik francuski i świeżą latte w dizajnerskim kubku, przykrywam się kocem w staroświeckie wielokolorowe romby.
Nie napiszę też, że na desce do prasowania, stojącej tuż przy łóżku (nie, nie tworzę przy rozplanowanym do granic ergonomicznego bólu biurku) na stercie ciuchów świeżo wyciągniętych z kilku kolejnych pralek śpią rozwalone kociambry, obrzydliwie kłacząc całe to świeżutkie pranie.
Nie, nie, nie. Tak nie powstają posty zainspirowane innymi – bo przecież również po to piszę, prawda? By czerpać inspirację z innych. A może ktoś kiedyś zainspiruje się mną… Buhahahaha. Chyba w kategorii: jak tego nie robić ;)

Z ŻYCIA PODGLĄDACZA


A więc… (ukłon w stronę pani polonistki)
Czytam innych.
Namiętnie.
Skrycie.
Smakuję te ich słowa jak gorzką czekoladę.
I oblizuję lubieżnie usta.
I palce też.
Trochę też zazdroszczę czytając.
A jakże!
Zaglądam im w te blogi jak w dusze i zastanawiam się po co właściwie?
By podglądać? Żyć życiem innych?
Podobno każdy z nas jest po części podglądaczem.
By się zainspirować? 
O tak, bardzo często. Zwłaszcza w temacie mieszkaniowym. Biedny Mąż!
By się pocieszyć? 
Że niby nie tylko ja mam tak źle, i nie tylko moje Potwory tak broją (w tym miejscu z mej pamięci wyskakuje natychmiast ta szufladka ).
By szukać natchnienia?
Też.

LIVE YOUR OWN LIFE

Z czasem jednak przychodzi refleksja, że to jednak jest cudze życie. I nie chciałabym, by moje wyglądało tak samo. Nawet jeśli jest najpiękniejsze, najwspanialsze, najbardziej kolorowe, okraszone milionem wspaniałych zdjęć, pełnych refleksji cytatów.
Mimo iż bloger ten ma tysiące czytelników, zarabia na tym co pisze, kocha to co robi.
Ja też kocham. 
Kocham też swoje życie takim, jakie jest (brawo Bridżit Dżones! brawo Ja!): cudownie niedoskonałym, imponująco wkurzającym, minimalnie irytującym, pełnym zarówno wspaniałych, jak i paskudnych momentów, zbudowanym z górek i dołów, pagórków, równin, z rzadka depresji.
Bo najważniejsze jest to, że to jest MOJE życie
I mogę je przeżyć tak jak sama chcę!
Albo niech mi się tak choć przez chwilę wydaje ;)
... Read More

Czytaj dalej

Jak szybko i łatwo uzależnić się od…

Uzależnić można się od wszystkiego: kawy, herbaty, czekolady, marihuany, kokainy, piwa, wina, papierosów, czekoladowego cappuccino, czytania książek, nauki języków, od miłości, drugiej osoby, dotyku, rozmów przez telefon, stąpania bosymi stopami po piasku, i od moczenia ich w morskich falach…

... Read More

Czytaj dalej

Prowokator(ka), czyli o tym, dlaczego życie Potworów wcale nie jest usłane różami.

Syn Starszy jest dzieckiem bardzo łagodnym, miłym, sympatycznym i w ogóle (z naciskiem na to „w ogóle”). O ile go ktoś nie wkurzy. Wybucha wtedy jak mały gejzerek, a siła zniszczeń zależy od tego, ile rzeczy łatwo ulegających dewastacji znajduje się w otoczeniu.... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up