KULINARNE FAKAPY, CZYLI MOJE SPEKTAKULARNE WPADKI KUCHENNE.

Jak każda mniej lub bardziej perfekcyjna pani domu (w moim przypadku jednakowoż zdecydowanie ta pierwsza opcja) mam za sobą spektakularne wpadki kuchenne. Jest to etap nieunikniony w procesie nauki gotowania. Jednym wychodzi to lepiej. Innym gorzej. Są i tacy, którzy tej wysublimowanej sztuki nie osiągną nigdy. Bo nie.

Jako dziecko żerte i lubiące eksperymenty, w kuchni od zawsze czułam się jak u siebie. Z czasem patrząc w lustro stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli zajmę się gotowaniem dla innych niż jedzeniem. I tak zaczęła się moja kulinarna przygoda.


#1 BUDYŃ LIGHT

rice-pudding-888606_1920
Na pierwszy ogień poszedł budyń z paczki, czy – jak to mówią poznaniacy – z tytki. Prosta sprawa. Gotujesz mleko, dodajesz cukier, odlewasz, mieszasz, wlewasz, znów mieszasz i wuala – gotowe.
Otóż okazało się, że nie do końca właśnie. Podekscytowana pierwszym w życiu gotowaniem, dodałam bowiem do czekoladowego proszku wodę. Kto ma odrobinę polotu, może sobie spróbować wyobrazić, jak też ten budyń potem wyglądał. Na wodzie.
Otrzymałam bowiem cały gar pięknej szaro-burej brei, której nikt nawet łyżeczką tknąć nie chciał. Zamiast budyniu połykałam gorzkie łzy pierwszej kuchennej porażki.
Ale nie miałam zamiaru się poddać, o nie! (cud, że nikogo nie otrułam naprawdę)

#2 MARYNA! GOTUJ PIEROGI!

eat-1101439_1920
Niezrażona nieudanym podejściem pierwszym, postanowiłam ugotować coś, co – w moim pojęciu – leżało w granicach możliwości przeciętnie inteligentnego człowieka, a mianowicie pierogi. Z paczki oczywiście. 
Małpa potrafiłaby je przecież ugotować! Do wrzątku, poczekać aż wypłyną, na talerz i będzie obiad dla całej rodziny.
Zabrałam się zatem do dzieła. Wszystko szło koncertowo. Kiedy woda się zagotowała, pamiętałam nawet o jej posoleniu! Brawo ja. Wrzuciłam pierożki do wody i zaczęłam czatować na wypłynięcie. Jest! Udało się. Wyciągnęłam piękne sztuki z gara. Ani jedna się nie rozpadła! Sukces!
No nie do końca… postanowiłam bowiem, zachwycona sobą, dodatkowo usmażyć do pierożków (z serem były) cebulkę. Spłakałam się przy jej krojeniu straszliwie, ale czego się nie robi dla sztuki. Pięknie zeszkloną zarzuciłam na pierogi i podałam rodzinie obiad.
Jako że jednak po kilku pierwszych kęsach miny mieli nietęgie, postanowiłam sprawdzić – o co kaman?
Pierogi były owszem z serem, ale… na słodko!

#3 PRAWDZIWIE POLSKIE DANIE

tortellini-74341_640
Takie drobne niepowodzenia nie mogły przecież wpłynąć na moje zapędy bycia mistrzem patelni! Mój talent kulinarny miał zatem okazję zabłysnąć w obcych landach, czyli u naszych zachodnich sąsiadów.
Podczas studiów pojechałam na 3 tygodnie do znajomych na południe Niemiec. Pewnego wieczoru poprosili, bym zrobiła im jakąś prawdziwie polską potrawę. Na bigos kapusty nie było. Gołąbków kleić nie umiałam. Z pierogami, jak widać wyżej, szło mi różnie. Postanowiłam zatem zrobić coś niezwykle prostego a mianowicie zapiekankę z ziemniaków.
Prawda, że proste? Duszone ziemniaczki z boczkiem, cebulką, majerankiem – danie prima sort. I jeszcze nieskomplikowane. Żyć nie umierać.
Nakroiłam się tych ziemniaków jak głupia, ale wyprodukowałam całą brytfannę. Dusiły się w ziołach i boczku bite dwie godziny, rozsnuwając nieziemskie aromaty. Kiedy zaś goście siedli do stołu i nałożyli sobie solidne porcje na talerz, poczułam się jakbym miała de ja vu.
No wypisz wymaluj taką samą minę miała moja rodzina, kiedy podałam pierogi na słodko z cebulą. Tutaj jednak nie było nic słodkiego! Wszystko się pięknie komponowało!
Prawie wszystko. Danie było bowiem kompletnie, ale to kompletnie bez soli. Na całe szczęście tę wpadkę dało się dość prosto zatuszować. Niemniej lekka wątpliwość pozostała ;)

#4 NIE NAWIJAJ MAKARONU NA USZY

soup-1503117_1920-1
Niestety przygoda z ziemniakami nie wyczerpała moich kulinarnych (nie)możliwości. Będąc już stateczną matroną z dwójką dzieci gościłam znajomych na obiedzie. Nas czwórka, ich czwórka – co zatem zrobić prostego, co by było dużo i żeby się za bardzo nie narobić? (zawsze byłam praktyczna)
No jak to co? Rosół!
Jeden kurczak, pęczek włoszczyzny, SÓL (!!) i inne przyprawy. Dwie godzinki gotowania i otrzymałam gar zupy, którym spokojnie mogłabym wykarmić średniej klasy pluton wojska.
A jak rosół, to tylko z makaronem (raz miałam okazję jeść rosół z ryżem, co to było za świństwo wyjątkowe, bleee). Ugotowałam dwie paczki makaronu, podałam rosół w wazie na stół i…
Tak, dobrze się domyślasz – mina gości dokładnie taka sama jak w poprzednich przypadkach.
Z rosołkiem na szczęście było wszystko cacy. Diabeł tkwił w makaronie… spaghetti. Nie połamanym nawet!!! Moi ukochani goście z grzeczności chyba zaczęli wciągać ten makaron metodą zasysania, długie nitki zaś majtały się im przy uszach, skutecznie zachlapując ubrania i wszystko dookoła.
Niestety nie stanęłam na wysokości zadania jako gospodyni i popłakałam się… ze śmiechu.
A propos gości to zdarzyło mi się kiedyś podać na stół pięknie upieczone frytki. Z sosem… Po kilku minutach zrobiła się z nich klejąca i nie nadająca się do niczego maź.
plate-882743_1920
Ale i tak nie przebiję chyba mojej siostry, która wysadziła w powietrze garnek z popcornem. No dobra, prawie. Ślad garnka w każdym razie na suficie pozostał, a  gęsty dym zasnuł calusieńką kuchnię.
Biorąc pod uwagę, że jeszcze długie lata gotowania przede mną… wątek będzie pewnie ewoluował ;) Obym tylko nikogo nie otruła!


Jeśli chcesz uniknąć podobnych wpadek, możesz zajrzeć na stronę Kobiece Porady – mnóstwo ciekawych i prostych przepisów!
Czy Ty też masz na swoim koncie jakieś spektakularne kulinarne osiągnięcia? ;)
... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up