UCZUCIE, KTÓREGO NIENAWIDZĘ NAJBARDZIEJ!

Jest takie uczucie, w którym zawarta jest cała gama innych, z reguły negatywnych: złość, wkurzenie, oburzenie, irytacja, zdenerwowanie, niemoc, i wiele wiele podobnych. To uczucie to kompletna bezsilność. Kiedy nie wiesz już, co zrobić, jak się zachować, masz ochotę tłuc pięściami na oślep, nie patrząc na to, czy będą ofiary w ludziach.

Czasem to uczucie pojawia się znikąd. Po prostu zderzasz się ze ścianą i bach! Jest. Wielkie, pożerające duszę jak stugłowy smok. Czasem jednak narasta stopniowo. Jesteś pewien, że sobie poradzić, rozwiążesz sytuację, dasz radę. Kto jak nie ty? A jednak ta paskudna kropla drąży skałę twojej cierpliwości i w końcu napotykasz na mur. I wiesz już, że jest tylko jedno wyjście: odwrócić się i odejść, usunąć z drogi źródło lub zwyczajnie je zignorować.

PO PIERWSZE RZECZ W TYM, BY DOSKONALIĆ CHARAKTER!bezsilność

Syn Starszy od prawie dwóch lat namiętnie trenuje karate. Na samym początku był szał! Oglądanie filmów, filmików na jutubie, icz-ni-sany non stop, kjaje wykrzykiwane na całe gardło ku niograniczonej wprost radości sąsiadów.
Potem była ciężka praca. Stopnie zdobywane z zapałem, długie godziny treningów w domu, doskonalenie postaw, zadawanych ciosów, ćwiczenie charakteru.
Po kilku miesiącach intensywnych ćwiczeń Potwór Starszy pojechał na obóz, na którym dowiedział się, iż po pierwsze rzecz w tym, by doskonalić charakter. Doskonalił zatem, codziennie, czasem mozolnie, bo dziecię jest strasznym uparciuchem i ciężko się czasem przez ten jego ośli upór przebić. Miał jednak w sobie dość samozaparcia, to i charakterek się kształtował odpowiednio.

PO PIERWSZE RZECZ W TYM, BY ETYKIETĘ SZANOWAĆKARATE

Szacunek – mam wrażenie, że to słowo przestaje mieć powoli jakiekolwiek znaczenie. Szacunek dla innych, ich osoby, poszanowania wartości. W natłoku zajęć, codziennym zabieganiu, gonitwie za nie wiadomo czym bardzo łatwo jest o nim zapomnieć, myśleć tylko o sobie, swoich korzyściach, za nic mając innych.
Staram się uczyć Potwory (i wydawało mi się, że na treningach „ducha” również ich tego uczą), jak ważny jest wzajemny szacunek do siebie i innych. Że nie wolno lekceważyć innych, że jeśli my chcemy, by nas szanowano, powinniśmy przede wszystkim sami siebie szanować, ale też szanować innych.
Na obozie karate Syn Starszy otrzymał zbiór zasad, których przestrzegać należy bezwzględnie. Jedną z nich jest właśnie szacunek: szacunek dla tradycji, szacunek do partnera, szacunek do kultury, i wreszcie szacunek do drużyny.

CO JEST NAJWAŻNIEJSZE?BEZSILNOŚĆ

Ponieważ karatA stała się integralną częścią naszego życia, często jeździmy na zawody, pokazy, promocje tej jakże szlachetnej dziedziny sportu, kształtującej nie tylko ciało, ale także charakter. Często poświęcamy na to czas wolny, weekendy, popołudnia, bywa że i wieczory.
Chcemy pokazać Potworom, że są odpowiedzialni również za drużynę, za innych. Że trening to nie tylko przyjemność trenowania, ale także obowiązki, które mają względem swojego „teamu”. Ciężko jest jednak tłuc im coś głowy, kiedy niemal na każdym kroku przekonują się, że wcale niekoniecznie tak jest.
W zeszły weekend odbywały się w naszej wsi Mistrzostwa. Potwór Starszy został wytypowany do startu indywidualnie i drużynowo. W niedzielę. O dziewiątej rano. Nie muszę chyba tłumaczyć, z jak wielkim entuzjazmem z jego strony spotkała się ta inicjatywa ;) Marudzeniu nie było końca.
Że niedziela.
Że dlaczego tak wcześnie.
Że wyspać się nie można.
Że przecież on codziennie rano musi wstawać.
Że pojedzie następnym razem.
Mąż zapodał gadkę umoralniającą: odpowiedzialność wobec drużyny, inni na niego liczą, impreza na pewno będzie fajna, i te sprawy.
I była naprawdę fajna. Dzieciaki wystartowały, zdobyły zasłużone miejsca, medale, były z siebie dumne. A rodzice z nich jeszcze bardziej.
Tyle tylko, że jak przyszło co do czego, okazało się, że wcale nie ten ich start był najważniejszy. Nie drużyna. Nie osiągnięcia. Najważniejsze, by organizator mógł się zaprezentować przed włodarzami. Przykre, ale prawdziwe. I dlatego za nic mając uczucia dzieciaków, ich zmęczenie materiału, to że wiele z nich musiało się zerwać z samego rano, by startować, kazał im czekać na medale i dekorację niemal dwie godziny.
Oj, doskonalili swe charaktery bardzo!

NAJWAŻNIEJSZY JEST „TEAM”!team

Zaliczywszy poprzedni weekend do wpadek organizatora (zdarza się!), postanowiliśmy puścić wydarzenie w niepamięć. Dlatego kiedy Syn Starszy został poproszony o udział w pokazie karate (oczywiście w niedzielę, jakżeby inaczej), potwierdziliśmy jego udział.
Jak jednak wiadomo, plany mają to do siebie, że często gęsto wymagają modyfikacji. Tak było i tym razem. Niecałe dwie godziny przed rzeczonym pokazem byliśmy jeszcze daleko w lesie, Mąż w pracy i istniała spora szansa, że możemy nie zdążyć.
Szybka kalkulacja, przeliczenie kilometrów na czas, zastosowanie logistyki wyższej i temat został z grubsza ogarnięty. Wykonałam jedynie telefon do organizatora, że możemy się chwilę spóźnić, niewiele, kilka minut, ponieważ jedziemy z większego miasta, ale będziemy na pewno, nie zawiedziemy, niech na nas poczekają.
O określonej godzinie wsiedliśmy z Synem Starszym w samochód i mimimalnie naginając przepisy udaliśmy się w drogę. Syn odliczał minuty, ja przeklinałam światła i przekonywałam go, że na pewno zdążymy, a jeśli nie, poczekają na nas przecież.
Dojechaliśmy DWIE MINUTY po czasie! Dwie minuty!
Wysiedlimy z Synem Starszym z samochodu i lecimy na złamanie karku.
– Mamoo, ja słyszę „icz-ni-san” – zauważył Potwór lekko zaniepokojony.
– Niemożliwe synu – uspokajam – dzwoniliśmy przecież, że na pewno będziemy. Spóźniliśmy się tylko 2 minuty. Na pewno na nas poczekali.
 
No niestety nie. Nie poczekali.
Zawód na twarzy Syna Starszego – nie do opisania.
Moja bezsilność – jeszcze większa.
A całe moje tłumaczenie, że najważniejsza jest drużyna – o kant d.. rozbić. Skoro drużyna nie mogła poczekać dwie minuty, wiedząc że jedziemy…
Złość.
Wkurzenie.
Oburzenie.
Irytacja.
Zdenerwowanie.
Niemoc.
BEZ-SIL-NOŚĆ.
... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up