PRZED CZTERDZIESTKĄ BĘDĘ SIWIUTEŃKA, CZYLI PRZEKLĘTA KWESTIA SAMODZIELNOŚCI

Jak mówi staropolskie przysłowie: Małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot. I podejrzewam dość mocno, że autor nie miał na myśli li i jedynie gabarytów owych dzieci. W każdym razie ja osobiście każdego dnia przekonuję się, że przysłowia są mądrością… narodów, bo z tą moją mądrością to bywa różnie. Niestety.

Potwory codziennie udowadniają mi, że coś w tym jest. Póki były małe jedynymi problemami było jedzenie, spanie i ewentualne zapewnienie godnych warunków bytowych. Na całe szczęście nie doświadczyliśmy kolek i innych przyjemnych dla wieku niemowlęcego atrakcji.
Z każdym jednak dodatkowym miesiącem problemy zaczynały się mnożyć: mityczne skoki rozwojowe, bunty dwu-, trzy-, cztero-, czteroipół-, pięcio- […], nastolatka wyrastały jak grzyby po deszczu, a miłość braterska z roku na rok kwitnie coraz bardziej, doprowadzając mnie momentami do białej gorączki.

BEZ WÓDKI NIE RAZBIEROSZ

 
Momentami łapię się na tym, że albo sobie strzelę w łeb, albo im coś zrobię, albo upiję się w sztok. Innej opcji zwyczajnie nie ma! Odkąd Potwór Starszy podjął decyzję o byciu samodzielnym bardziej, przybyło mi z milion siwych włosów.
Zaczęło się od samodzielnych powrotów ze szkoły do domu, kiedy to zapominał zadzwonić, że dotarł cały i zdrowy i nie stał się ofiarą żadnego kochającego inaczej (czyt. wielbiciela małolatów). Oczywiście dostał na tę okoliczność telefon, którego radośnie nie odbierał, zapominał lub zostawiał wyciszony. Moja wyobraźnia szalała.
Potem doszły samodzielne wyjścia „na osiedle” podczas mojej nieobecności. Niby fajnie, szlajanie się z kolegami i te sprawy. Tyle tylko, że kiedy Syn wychodził z domu o czternastej, a kiedy po moim powrocie do domu trzy godziny później nadal go nie było, zaczynałam odczuwać „lekki” niepokój. Wystarczyło niby do niego zadzwonić, ale… sytuacja z telefonem była dokładnie jak w akapicie powyżej.
Nie chcąc być rodzicem-helikopterem napominałam jedynie delikatnie, że mógłby coś z tym zrobić, jeśli matki nie chce odwiedzać w wariatkowie. Pomagało na chwilę.

DWÓCH SAMODZIELNYCH SYNÓW TO ZA DUŻO JAK NA MOJE NERWY

nie-pozwol-na-nude-w-wakacje
Kwestia samodzielności eskalowała, kiedy Potworek zaczął domagać się swego. Po pierwsze i najważniejsze: zażądał takich samych praw jak brat. Też chce wracać sam do domu, też chce mieć swoje klucze i w ogóle.
Na całe szczęście przed podjęciem ostatecznej decyzji o nadaniu Synu Młodszemu uprawnień uchroniło mnie zakończenie roku szkolnego. Na calusieńkie dwa tygodnie temat umarł śmiercią naturalną, by powrócić ze zdwojoną (sic!) siłą w dniu rozpoczęcia półkolonii szkolnych.
Półkolonie w szkole mają to do siebie, że nie odbywają się w normalnych godzinach pracy rodzica. W tym roku placówka i tak poszła rodzicom na rękę i zaopiekowała dzieci w godzinach 8-14, a nie jak to bywało do tej pory 9-13 (który rodzic pracujący minimum 8 h w odległości min. 10 km od szkoły jest w stanie to ogarnąć bez spóźnień, wcześniejszego wychodzenia, czy też wyskakiwania z roboty „na pięć minut”? – pojęcia nie mam).
Co nie zmieniło faktu, że zakończenie zajęć o godzinie 14. nijak mnie nie urządzało. Albo będę z fabryki wychodzić 3 godziny przed czasem albo dzieciątka dostaną klucze w łapę. Biorąc pod uwagę fakt, że Syn Starszy temat miał jako tako ogarnięty i obiecał nie kłócić się z bratem za bardzo (praktyka pokazuje, że nawet jak się kłócą, to trzymają potem zmowę milczenia) – klucze zostały przydzielone.
I zaczęła się Polka-Galopka z przytupem…

PIERWSZY TYDZIEŃ PÓŁKOLONII SZKOLNYCH DOPROWADZIŁ MNIE NA SKRAJ ROZPACZY

posiwiala-ze-stresu
 
Z racji ciągnącego się jak guma w gaciach urlopu mojego własnego pierwsze dwa dni półkolonii minęły w miarę bezawaryjnie. Apogeum nastąpiło dnia trzeciego. Każdy pracujący na etacie człowiek wie, jak wygląda jego biurko i skrzynka mailowa po dłuższym urlopie. Dodajmy do tego stęsknionych współpracowników i ploteczki przy kawie, oczywistym jest, że owego pierwszego dnia, człowiek nie wie, w co ręce wsadzić.
Tymczasem już o godzinie 9 rano Potwór Starszy dopadł telefonu i uderzył w te słowa:
Mamo, dlaczego nie zapakowałaś mi okularów do pływania? Przecież wiesz, że idziemy dziś na basen.
 
– Sam się miałeś spakować – odparłam lekko niecierpliwie, bo telefon dzwonił jak wściekły.
 – Ale mamo, ty mi je musisz teraz przywieźć.
 
– Nic nie muszę…
 
– Mamo, ale przywieź mi, proszę!
 
– Synu, przeciez nie mogę wyjść z pracy ot tak… (zwłaszcza że całkiem niedawno do niej dotarłam)
– Mamo, ale czy nie możesz komuś powiedzieć, że musisz wyjść?
 
– Nie, nie mogę…
 
– Ale powiedz, że musisz mi te okularki przywieźć.
 
Pfff…. koniec końców po dłuższych negocjacjach obrażony Syn odpuścił temat (a okularki pożyczył od ratownika).
Następny dzień okazał się wcale nie być lepszy. O godzinie 14:30 zorientowałam się, że coś jest niehalo. Dzieciaczki słodkie powinny były bowiem zameldować się już jakiś czas temu w domu.
Krótki telefon do jednego – wyłączony. Do drugiego – wyłączony. Do szkoły – nikogo już tam nie ma. Do kolegi Syna Starszego – wrócił 2 godziny temu do chaty.
Opanowując narastającą panikę i chęć natychmiastowego gnania w stronę domu, drżącą ręką wybrałam numer telefonu sąsiadki. Na całe szczęście jej córka, zdecydowanie bardziej rozgarnięta niż Potwory, była w domu i udała się na rekonesans.
Potwory znalazły się pod drzwiami mieszkania własnego. Bez kluczy. Bez telefonów. W mokrych butach, skarpetkach i niemalże gaciach (wiadomo jaka pogoda nas ostatnio nawiedza).
Tona kamieni spadła mi z serca, a opieka społeczna chwilowo mi odpuściła.
Jestem jednakże niemal w 100%  pewna, że to nie ostatnia taka akcja. Chyba czas nabyć zapas farby do włosów!
... Read More

Czytaj dalej

Tornado kreacji

Obiecałam sobie wczoraj, że zrobię porządek w zabawkach Potworów. Odsieję chwasty, powyrzucam zdekompletowane zestawy, durnostojki z jajek z niespodzianką, nietrafionych prezentów i innych przydasiów. Powyrzucam tony papierów, tudzież innych patyczków, kamyczków, karteczek, guziczków i pierdół gromadzonych przez Potomstwo jak największe skarby

Będzie klar jak na pokładzie. No piko belo po prostu. Tornado kreacji!
Jako że ogarnięcie się popracowe chwilę potrwało, na potworne salony dotarłam przed szóstą. Zastopowało mnie już w progu. Nie było jak wejść!
O matko i córko, czego tam nie było? Pomijam plecaki rzucone, gdzie popadnie, krzesła przestawione wszędzie, papiery, gazetki, książki, krzyżówki, kredki, długopisiki, gumeczki, klocki lego i nie tylko. Tam było WSZYSTKO! (autentycznie, znalazły się nawet jaja w wytłaczance przechowywane przez Syna Starszego w biurku! no dobra, czekoladowe, ale na pierwszy rzut oka robiły wrażenie prawdziwych).
Cóż, trzeba podejść do tematu systematycznie – pomyślałam, przynosząc szczotkę do zamiatania, rękawiczki gumowe (kto wie, jakie niespodzianki kryją się pod potwornym łóżkiem?), mokre chusteczki i odkurzacz.
A potem się zaczęło…
Metr po metrze, półka po półce (po wierzchu, środek wciąż na mnie czeka), pod biurkiem, na biurku, pod łóżkiem, za łóżkiem… 
Efekt?
3 godziny katorżniczej pracy
4 wory śmieci (i to dlatego tylko cztery, że pod koniec Potwory stały nade mną i wyciągały ze śmieci absolutnie niezbędne „przydasie”).
1 stos pustych pudeł po zabawkach (po cholerę to trzymać???)
1 absolutnie wykończona matka
1 poczucie, że to jest syzyfowa praca (sic!)
1 uznanie Potworka – w sumie bezcenne:
– Jutro rano sobie obejrzę twoje dzieło, mamoo. I może po południu posprzątam w szufladach. Łaskawca.
Ps. Najlepsze jest to, że porządek jako taki robiliśmy z Potworami ledwo tydzień wcześniej. Jakby forsę gromadzili z takim skutkiem, jak śmieci, spalibyśmy na mamonie!
... Read More

Czytaj dalej

Jak zgubić dziecko i nie zwariować?

wariacje nie zawsze na temat

Od czasu do czasu nachodzi mnie taki koszmar, że w natłoku zajęć własnych, dodatkowych i obowiązków ponadnormatywnych gubimy dzieci. I nie możemy ich znaleźć. Szukamy, biegamy, histeryzujemy i NIC. Czy da się w takiej sytuacji nie zwariować?

Logistyka w rodzinie niestety nie jest rzeczą prostą, zwłaszcza jak każdy dokłada do tego jeszcze własne plany, a czas nijak nie chce się rozciągnąć. Nie wiedzieć dlaczego, wszystkie zajęcia popołudniowe skupiają się w obrębie dwóch godzin, w tych samych dniach tygodnia i jakoś nie idzie tego poprzesuwać.

LOGISTYKA LEVEL MASTER

zarzadzanie czasem i planowanie
Wczorajszy dzień pokazał dobitnie, że doby rozciągnąć się nie da. Po prostu nie. I…  Nie da się też być w kilku miejscach jednocześnie, a misternie zaplanowana logistyka może się bardzo prosto sypnąć z powodów prozaicznych: przemęczenia mianowicie.
Wróciwszy wczoraj do domu, przekazałam plan działania na popołudnie: ja z Potworem Starszym ogarniam karatĘ, ortodontę x2, bibliotekę, jakieś zakupy może. Mąż tymczasem udaje się na judo z Potworem Młodszym, leci na zebranie i może w porywach rozgarnie miotłą przejście od drzwi wejściowych do kuchni. Wydawało by się, że wszystko proste i z grubsza do zrobienia

JA CIĘ KOCHAM, A TY ŚPISZ

spanie
Ale jako że Mąż często gęsto pracuje po nocach i sypia w porywach po kilka godzin na dobę, zdarza mu się, że organizm zawodzi (nie, nie w TYM sensie :P). Tym razem wystarczyło usiąść na kanapie…
… po czym zerwać się na dźwięk telefonu godzinę później. Telefonu z pytaniem, czy odbierze syna, bo judo już się było dawno skończyło. Koniec. Finito. The end. Pół godziny temu :P
Kiedy już tam dobiegł z wywieszonym jęzorem, Potworek ze stoickim spokojem zebrał manatki i udał się do domu. Mnie nawet pary z gęby nie puścił. A kiedy go na tę okoliczność przepytywałam, stwierdził, że w sumie dobrze, że tata się spóźnił. Dzięki temu mógł ze spokojem zebrać swoje rzeczy.
I o wodzie też nie zapomniał.

Brawo on ;)
Ps. Oczywiście Potworek telefonu ze sobą nie nosi. W związku z powyższym zakręcił się przy którymś tatusiu kolegi z grupy, podyktował mu numer Męża z pamięci i poprosił o interwencję. Chyba następnym razem ugryzę się w język, kiedy mi na myśl przyjdzie, że chłopak jakiś taki mało ogarnięty jest ;)
... Read More

Czytaj dalej

Bezstresowe (?) wychowanie

Tyle się ostatnio mówi o bezstresowym wychowaniu, że się człowiek zaczyna zastanawiać, czy przypadkiem nie wszystko jest stresogenne.
Kupy w pociągach.
Kupy w restauracjach.
Goły biust wystawiany na widok publiczny.
Karmienie po kryjomu w zasyfionej toalecie.
Dzieci zachowujące się zbyt głośno („za dużo swobody!”)
Dzieci zachowujące się zbyt cicho („na pewno zastraszane i bite!”)
Krzycz!
Nie krzycz!
Nie bij!
Nie zwracaj uwagi!
itd. …
Długo bym tak mogła. W końcu macierzyństwo to niekończące się pasmo udręk i stresu. A już najbardziej stresują mnie te wiecznie nienażarte wołoduchy. Leci człowiek z pracy do domu z wywieszonym ozorem. Po drodze zastanawia się, czy z kawałka sałaty, jednego jajka i czerstwego chleba da się coś wyczarować na obiad. Bo jeśli nie to dupa blada. Z uszami.
Pomiędzy jedną zmianą biegów a drugą, jednym czerwonym światłem a drugim (hamulec-gaz-sprzęgło-sprzęgło-sprzęgło) dziękuje bogu, że pacholęcia szczęśliwie nakarmione. W końcu placówka zadbała. Cztery pełnowartościowe posiłki plus suchy chleb dla konia, tfu dla dziecka, co się jeszcze nie najadło (moje!!!). Wraca tenże umęczony człowiek, choć trochę ukontentowan do domu – przynajmniej jeden stres odpada, a tam…
Chała!

I weź tu człowieku wychowuj bezstresowo…... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up