NA URLOPIE ODPOCZYWAMY!

Powszechnie wiadomo, że człowiek jedzie na urlop po to, by się zrelaksować. Ukoić nadszarpnięte nerwy, oderwać od rzeczywistości, zmienić otoczenie. By było to w pełni możliwe, najlepiej jakby się odciął od internetu, ponieważ Internet na ulopie to samo ZUO!

Nie wierzycie? A jednak. Ledwie człowiek zdoła otworzyć oczy, a już lepka rączka wysuwa się w kierunku telefonu. U tych bardziej uzależnionych w kierunku tabletu bądż laptopa. W ekstremalnych przypadkach delikwent śpi przytulony do klawiatury, a ekran miga mu do snu – budzi się potem co prawda cały w kosteczkach klawiszowych odciśniętych na policzku (delikwent nie ekran), ale kto by się tam przejmował?

O SZKODLIWYM WPŁYWIE DOSTĘPU DO SIECI NA URLOPIE, CZYLI JAK ZAPOMNIEĆ O BOŻYM ŚWIECIE

facebook-social-media-internet
 
A jak już owa lepka rączka dorwie się do sieci, rozpoczyna się szaleńczy taniec zmysłów i paluszków (bez skojarzeń proszę! albo kojarzcie dowoli, w końcu urlopy sprzyjają ;) ). I tak przelatuje tablica za tablicą, post za postem, mail za mailem, wiadomość za wiadomością, godzina za godziną. Też tak macie?
 
O jasna cholera! Jak to się stało, że jest już południe? Zbieram zatem siebie, Potwory tańczące pogo na ścianach nowiuśkiego apartamentu, który wynajęłam za ciężkie złocisze, gadżety plażowe, gadżety lanserskie, telefonik (oczywiście!) i wybiegamy na plażę… wprost w objęcia 9 w skali Beauforta, ulewnego deszczu i przenikliwego zimna.letnia burza
No tak! W amoku pakowania zapomniałam sprawdzić jaka będzie pogoda! Przecież do 14 miało padać.
Skrzydełka nam oklapują. Siadamy każdy na swoim tapczanie i zanurzamy się po raz kolejny w czułe objęcia internetu, by na kilkadziesiąt następnych minut zapomnieć o Bożym świecie. I niestety o sobie nawzajem też.
Internet to ZUO! Pożeracz czasu, wyniszczacz oczu, zjadacz więzi międzyludzkich. Kiedy sobie uświadamiam, że nie zamieniłam z Potworami nawet pół słowa, jest już piętnasta. Szlag!
No trudno, jeden dzień ich nie zbawi. W zasadzie pół dnia. Przecież wstalismy o 9, teraz jest 15, mamy jeszcze mnóstwo godzin wspólnego czasu. Razem. Nie przychodzi mi tylko do glowy, że zachęcone moim milczącym przyzwoleniem Potwory, nie będą chciały spędzać czasu ze mną, bowiem świat wirtualny okaże się znacznie bardziej interesujący. 
Udaje mi się na szczęście przebić przez tę skorupę. Na początek własną, potem Potworną. Zakładamy na siebie piętnaście warstw różnych, sztormiak i sandały (kaloszy zapomniałam, ale przecież i tak w morzu będą brodzić boso, więc co im za różnica?) i udajemy się na plażę.

NA PLAŻY SŁOŃCE PRAŻYurlopowy wypoczynek

No chyba jednak nie. Po dotarciu na plażę (300 metrów asfaltem, turystyczna infrastruktura, 300 metrów przez las) stwierdzamy organoleptycznie, że co prawda padać przestało, ale dziewiątka utrzymuje się jak nic.
Fale pod sufit, połowa plaży gdzieś zniknęła, a zamiast niej wszędzie wylewa się woda – istny armagedon! Potwór Starszy ucieszył się jak prosię w deszcz i od razu rozpoczął eksperymenty. 
Jak daleko poleci z wiatrem rzucony patyk?
Czy da się biec pod wiatr?
Jak szybko da się biec z wiatrem?
Czy jak podskoczy to poleci do chmur?
A może uda mu się położyć w powietrzu?
Prawie się udało. A jak wiadomo, prawie robi różnicę i w ostatniej chwili rymsnął na dziób. Prosto w mokry piasek.
Potworka Młodszego na widok pochłoniętej plaży lekko zatchnęło. Niewątpliwie miał w tym swój udział szalejący wiatr, Syn Młodszy bowiem z racji swej mizernej postury ledwie się na tym wietrze na nogach trzymał.
W pewnym momencie odwrócił się tyłem do szalejącego morza i przekrzykując szum fal zawołał rozpaczliwie:
Mamooooo, mnie od tego wiatru boli brzuch!
 
Jeden krótki rzut oka na jego sino-zielonie lico pozwolił mi stwierdzić, że Potworek dostał choroby morskiej na sam widok szalejącego żywiołu.
Oderwaliśmy zatem Potwora Starszego od eksperymentów i podjęliśmy karkołomną próbę powrotu na salony.
... Read More

Czytaj dalej
Scroll Up