WIGILIJNY CUD

Osiem lat, jeden dzień i nieco ponad 15 godzin temu przyszedł na świat Potworek. I wywrócił ten nasz świat do góry nogami. Miał być dla nas jak wigilijny cud, tymczasem już od początku września z uporem pchał się pooglądać, co też dzieje się tam, na zewnątrz. I czy istnieje jakieś życie po życiu 😉

Pierwszą ciążę przechodziłam książkowo. No może poza wszelkimi dolegliwościami pierwszego trymestru. Te się mnie na całe szczęście nie imały ani ciut ciut (w drugiej ciąży zresztą też nie). Dlatego bez żadnych obaw podchodziłam do kolejnych dziewięciu miesięcy bycia ciężarówką. Los jednak szykował nam niespodziankę.

ŻYCIE PO ŻYCIUciążowy brzuch

Znasz przypowieść o życiu po życiu? Nie? To posłuchaj:

W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego:
– Wierzysz w życie po porodzie?
– Jasne. Coś tam musi być! Mnie się wydaje, że my po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to, co będzie później.
– Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by to miało wyglądać?
– No nie wiem. Pewnie będzie więcej światła. Może będziemy biegać, albo jeść buzią..
– To nie ma sensu! Biegać się nie da, a kto widział żeby jeść ustami? Przecież żywi nas pępowina!
– No ja nie wiem.. Ale na pewno zobaczymy mamę i będzie o nas dbać.
– Mamę? Wierzysz w mamę? Kto to w ogóle według ciebie jest?
– Przecież jest wszędzie wokół nas. Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.
– Nie wierzę! Żadnej mamy nie widziałem, czyli jej nie ma.
– No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później…

Potworek uparł się jednak, że jego prawdziwe życie zacznie się znacznie wcześniej niż planował lekarz. Miał być naszym małym wigilijnym cudem z ptp dokładnie na 24.12. Nie powiem, by cieszyła mnie wizja spędzenia świąt na porodówce. Zwłaszcza, że w domu koczował dwuletni wówczas Potwór Starszy. Ale jak mus to mus.

NAJWAŻNIEJSZE BY DZIECKO BYŁO ZDROWEmuzyka w ciąży

Kiedy byłam w 13 tc lekarka zapytała mnie podczas usg, czy wolałabym syna czy córkę.

– Oczywiście, że syna. Jednego już mam. Po co mi córka? Tylko konkurencja w domu by rosła.

– Po co pani drugi syn, tylko się będą lać.

– Wolę syna!

– Mówi, pani i ma! Będzie syn.

Od tego czasu ogarnęła mnie pełnia szczęścia. Zaczęłam sobie wizualizować bąbla, zastanawiać się, czy będzie podobny do brata. Jakie będzie miał oczy? Jakie włosy? Czy będzie kochanym niemowlakiem? Czy będzie przesypiał noc?

I tak do 26 tygodnia. A potem nagle priorytetem stało się: donosić! (i to bynajmniej nie na sąsiada) By nie urodził się zbyt wcześnie. By jak najdłużej hodować go w brzuchu. Długie tygodnie leżenia, sterydy na płuca, masę leków na podtrzymanie. I liczenie każdego dnia, każdej wręcz godziny.  Czas, który miał być magiczny, celebrowany nie wiadomo jak, stał się okresem strachu, odliczania minut, liczenia skurczów i leżenia plackiem. Nie mam z tego okresu zdjęć, nie mam miłych wspomnień. I nikomu nie życzę takiego stresu. Aż nadszedł ten upragniony moment, kiedy usłyszałam od lekarza:

– Odstawiamy leki, teraz już mu nic nie grozi.

I zaczęło się kolejne, tym razem znaczenie przyjemniejsze (podobno!) czekanie.

KOCHANIE, JUŻ CZAS!torba do szpitala

Ostatnie tygodnie ciąży upłynęły mi z bezustannymi skurczami. Tylko ten, kto to przeżył, wie, jak bardzo mogą dokopać. I jak bardzo człowiek może być zmęczony tym bezustannym, bolesnym napinaniem się brzucha. Idzie dostać jobla. Człowiek ma chęć choć na jedną noc odpiąć tę piłkę od siebie i odstawić na półkę. Niech sobie się sama tam napina. Bez mojego udziału.

I mimo, że rozsądek mówił, że jeszcze nie czas… Że jeszcze tydzień, może dwa. Albo trzy. I mimo iż wiedziałam, że należy Potworka przetrzymać w środku jak najdłużej, miałam dość. Tak zwyczajnie po ludzku dość. I marzyłam o rychłym końcu mordęgi.

Pamiętam ten wieczór jak dziś. Herbata w drodze, ostatni odcinek serii Dextera załączony. Jeszcze tylko jedna rozmowa telefoniczna i zaczynamy seansik. I nagle – pyk! Tym razem herbata zaczeka. A Dexter zostanie ojcem chrzestnym 😉

– Wody mi odeszły, jedziemy!

– Ale przecież to jeszcze nie czas…

– Jemu to powiedz!

Dwie godziny. Tyle dokładnie zajęła Synu droga na zewnątrz. Postawił na nogi cały oddział swoim wrzaskiem. A to nie było takie proste. Niemniej, płuca napompowane sterydami okazały się nad wyraz silne, czemu Potworek od razu dał wyraz.

Do dziś zresztą jak rozedrze gardło, to szyby się trzęsą. Pewnie by pękły, ale na szczęście są z tych niepękających 😉 Potworek idzie natomiast przez życie z przytupem, jakby te długie miesiące stresu o jego życie także jemu dodały sił.

Wszystkiego najlepszego, Synku 🙂Wigilijny Cud

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

53 myśli na temat “WIGILIJNY CUD

  • 11 grudnia 2016 o 21:10
    Permalink

    Wszystkiego najlepszego dla synka oraz dla ciebie 🙂 Ja obecnie jestem właśnie w 26tc, ale na szczęście nic nie świadczy o tym by mogło być cokolwiek nie w porządku. Nawet nie chcę wyobrażać sobie przez co przechodziłaś. Ja na każdej wizycie u lekarza słyszę, że absolutnie wszystko jest w porządku a i tak panikuję, że coś może być nie tak i się strasznie martwię. Więc jaki to stres musi być, gdy faktycznie coś się dzieje niedobrego. Na szczęście wszystko dobrze się u was skończyło 🙂

    Odpowiedz
    • 12 grudnia 2016 o 12:46
      Permalink

      Dziękuję. Myślę, że każda z nas po części trochę panikuje w tym stanie 🙂 Ja po pierwszej ciąży kompletnie się nie spodziewałam takich komplikacji w drugiej. No, ale na szczęście dobrze się skończyło. Tobie również życzę spokojnych kolejnych tygodni 🙂

      Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 11:10
    Permalink

    Całe szczeście że wszystko dobrze się skończyło! Wszystkiego dobrego! Zdrówka i dużo sił

    Serdecznie zapraszam do siebie sylwiaidzieci.pl

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 12:39
    Permalink

    o rany, trochę mnie to zaniepokoiło 🙂 Nie jestem jeszcze mamą i miewam fazy „tak, chcę dziecka” na przemian z „ale przecież strasznie się boję”.pozdrawiam 🙂
    /magdasierocinska.wordpress.com/

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 13:13
    Permalink

    Ja mialam w ciaży cholestaze i nie jedna noc przeryczalam z tego powodu. Moje ogromne dziecko wykanczalo mi wątrobę. Skurcze miałam miesiąc. Brzuch stawiajacy sie codziennie od 22 do 4-6 rano. Zasypialam dopiero jak mijaly. Noc w noc spalam lub raczej nie spalam na siedząco bo zgaga byla tak ogromna, że nie dało się żyć. Objawem cholestazy są niespokojne nogi i swierzbiące stopy, nogi , twarz, brzuch. Można drapac do krwi. Okladalam się mokrymi zimnymi ręcznikami.To wszystko i tak nie ma znaczenia, bo jedyne co jest ważne to to żeby dziecko bylo zdrowe ❤

    Odpowiedz
    • 13 grudnia 2016 o 09:22
      Permalink

      W pierwszej ciąży leżałam w szpitalu z babką w ciaży bliźniaczej. Od 6 miesiąca leżała w szpitalu ze zdiagnozowaną właśnie cholestazą : ( To jest dopiero cholerstwo :/

      Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 14:19
    Permalink

    Respect! Dla Was. Dla kobiet. Za wszystko 🙂 Ale jeszcze większy respect, że tak pięknie zostało to opisane!

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 21:14
    Permalink

    Wspaniale to opisałaś! I ja z Majuszką walczyłam o każdy dodatkowy dzień. 🙂

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 22:20
    Permalink

    Pięknie to opisałaś <3
    Co do męczących skurczy – moje trwały zaledwie jeden cały dzień (nie licząc tych porodowych) i byłam tak wyczerpana, że cały dzień spałam, także szczerze współczuję! Na szczęście wszystko już za Wami, a Potworek rośnie i ma się dobrze – a to w tym cudzie jest najważniejsze 🙂
    P.S. Wszystkiego najlepszego dla Syna! 🙂

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 23:27
    Permalink

    O kurcze 🙁 Ale stres 🙁 Dobrze, że wszystko zakończyło się dobrze. Współczuję. Ja mam 29 tc mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze przez kolejne 10 🙂

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2016 o 23:53
    Permalink

    To wszystkiego najlepszego! Stresu nie zazdroszczę 🙂

    Odpowiedz
  • 13 grudnia 2016 o 07:43
    Permalink

    O kurczę, ale się stresu najadłaś!! Ale uff, że wszystko się dobrze skończyło! Sto lat dla synka :*

    Odpowiedz
  • 15 grudnia 2016 o 21:08
    Permalink

    Aż wspomniałam swoje ostatnie chwile ciąży… I uwierzyć, że gdybym zdecydowała się na prywatną klinikę wszystko odbyłoby się zupełnie inaczej 🙁 no ale nie mam co narzekać, najważniejsze że córka zdrowa 🙂

    Odpowiedz
      • 16 grudnia 2016 o 10:57
        Permalink

        Tak w wielkim skrócie to dwutygodniowe wywoływanie porodu zarówno skurczy jak i rozwarcia, potem balonik, przebicie błon aby wyszły wody, 28h porodu naturalnego i dopiero cesarka, przez to córka nałykała się smółki i dostała bakterii, np i dodatkowe prawie 2 tyg leczenie antybiotykiem… bardzo źle wspominam 🙁

        Odpowiedz
        • 16 grudnia 2016 o 11:00
          Permalink

          Brrr, współczuję. Wcale się nie dziwię. Zawsze mnie wkurzało to parcie na porody naturalne, jak „nie idzie”. Dobrze, że córeczka zdrowa. Ale co się namęczyłaś, to Twoje 🙁

          Odpowiedz
  • 15 grudnia 2016 o 22:01
    Permalink

    Wszystkiego najlepszego dla Synka! 🙂
    Aż zaczęłam wspominać swoją ciążę.. co prawda, na szczęście, bez komplikacji, ale i tak nie wspominam jej z taką łezką w oku, jak inne mamy. Ja chyba nawet nie lubiłam być w ciąży. Niesamowity upał i wielki brzuch okropnie dawały mi się we znaki.

    Odpowiedz
    • 16 grudnia 2016 o 10:45
      Permalink

      Dziękuję. Ja tak miałam w pierwszej ciaży – młody urodził się w sierpniu. A od czerwca trwały prawie 40 stopniowe upały. Z domu nie szło wyjść. Doskonale wiem, o czym piszesz 🙂

      Odpowiedz
  • 16 grudnia 2016 o 09:17
    Permalink

    W pierwszej ciąży zaliczyłam krótki pobyt na patologii. Kto zna ten lęk, ten wie… Najlepszego dla syna!

    Odpowiedz
  • 16 grudnia 2016 o 10:01
    Permalink

    Fajnie się wspomina ostatnie chwile ciąży. Nie mogę się doczekać kiedy znowu dołączę do tego grona 😉

    Wszystkiego naj dla Synka!

    Odpowiedz
    • 16 grudnia 2016 o 10:50
      Permalink

      Dziękuję 🙂

      Ps. Ja to już jestem w tym wieku, że myśl o kolejnym „dołączeniu” sprawia, że mi włosy dęba na głowie stają 😉

      Odpowiedz
      • 16 grudnia 2016 o 15:13
        Permalink

        Miałam tak samo jeszcze pół roku temu. Teraz nie mogę się doczekać kiedy wreszcie będę już tylko wspominać, a nie przeżywać 😉

        Odpowiedz
  • 16 grudnia 2016 o 11:09
    Permalink

    wszystkiego najlepszego dla bąbla :-). Oj, znam te ciągłe skurcze. I w jednej i w drugiej ciąży od 4-5 miesiąca miałam nieustanne skurcze. Nigdy więcej! 😉

    Odpowiedz
  • 16 grudnia 2016 o 22:39
    Permalink

    Pięknie napisane <3 Miałam podobnie w ciąży – przymusowe leżenie, przetrzymywanie, chęć "odłożenia".. Stres jakiego nigdy sobie nie wyobrażałam i wielka ulga i niedowierzenie(!!!), że dziecko jest całe i zdrowe po porodzie. Trzymajcie się!

    Odpowiedz
  • Pingback:SPIRYT OF KRISTMAS – MOJE NAJBARDZIEJ TRAUMATYCZNE ŚWIĄTECZNE WSPOMNIENIE - Wariacje (nie zawsze) na temat

  • Pingback:KUKUŁCZE JAJO - Wariacje (nie zawsze) na temat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up