WORK LIFE BALANS, CZYLI COŚ MI SIĘ DO DUPY PRZYKLEIŁO

Kiedy zdecydowałam się przejść na własną działalność z powodów rozmaitych, wiedziałam, że to nie jest bułka z masłem. Że to nawet nie jest cud, miód i malyna. Że prowadzenie własnej działalności, oprócz niezaprzeczalnych zalet, ma też swoje wady i ograniczenia. Jedną z nich jest balansowanie na linie czasu. Człowiek myślami jest w pracy cały czas, zastanawia się, co tu ulepszyć, usprawnić, jak lepiej zadbać o klientów. I powoli z każdym dniem siada mu ten work life balans na głowę.

Nie wiem, w którym momencie w mojej głowie coś poszło nie tak. Serio. Czy to było już za pacholęcia, kiedy to z rozpędzonej huśtawki dostałam w czerep tuż nad okiem, czy może dopiero dwadzieścia lat później, kiedy na głowę spadła mi automatyczna brama garażowa (długa historia). Dość powiedzieć, że pewne klapeczki wysunęły się jak ten dysk z kręgosłupa i za nic nie chcą wskoczyć na swoje miejsce.

YOU CAN’T ALWAYS GET WHAT YOU WANTbalans

Pierwszym i podstawowym problemem, jaki napotkałam na swojej drodze, to chęć robienia więcej, i więcej, i więcej. Im więcej się nauczyłam, tym bardziej mi się wydawało, że nie umiem nic. Całkiem jak w życiu ;). O ile jest to dość zrozumiałe, jeśli chodzi o moją działalność opiekunki ogniska domowego – prędzej jestem w stanie rozhajcować to ognisko tak, że wszystko z dymem pójdzie – o tyle w przypadku życia zawodowego bywa dość… upierdliwe. Ileż można energii tracić na przekonywanie samego siebie, że komputer da się odpalić (nie tylko wspomnianym ogniem) i nie trzeba do tego wzywać Męża :P?

A tak zupełnie serio mówiąc, gdzieś tam w mojej duszy tkwi przekonanie, że zawsze można coś lepiej, więcej i w ogóle. Zafiksowana na poprawianiu i ulepszaniu tracę czas, który mogłabym poświęcić na przykład na opieprzanie dzieci. Głupia ja!

MONEY MAKES THE WORLD GO ROUNDogień

W zamierzchłych czasach prehistorycznych facet dbał o to, by zapewnić rodzinie byt, kobieta zaś o to, by to ognisko domowe (sic!) nie zgasło. Jak widać kilka linijek wyżej, nie do końca umiem w to ognisko, uparłam się więc wziąć sobie na bary to drugie zajęcie. O matko z córkom! I znów balans zachwiany. Bo jeśli nie jestem dość dobra, to jak mogę zarobić więcej :P. Głupia ja!

COŚ MI SIĘ DO DUPY PRZYKLEIŁO

I niechybnie było to jakieś krzesło. Za jakimś biurkiem. Przy jakimś komputerze. I jak już się przykleiło, tak sobie nim jeżdżę po całym domu, stukając w te klawisze, zamiast wyjść ze wspomnianą progeniturą pograć w nogę. Na boisku, które właśnie zalała woda. To nic, że jest 10 stopni na dworze. Potem byśmy sobie zrobili gorącej herbaty z miodem i wspólnie smarkali w chusteczkę, podając środki przeciwgorączkowe. To nie! Trza pracować. Być lepszym. Nadążać. Głupia ja!

ZAPĘTLENIE

Aż w którymś momencie przyszło zapętlenie. I praca, zarabianie oraz krzesło okazały się jedynym życiem, jakie mam. Na jakie mnie (jeszcze) stać. Dzieci sobie, Mąż sobie, ja sobie. A najbardziej sobie pies! O kocie nie wspominając nawet. Gdzieś ten balans mi się wziął skubany i zagubił. I sposób myślenia zdominowały rzeczy, które podobno wcale nie są najważniejsze w życiu. Na cholerę komuś krzesło przyklejone do dupy, no sami powiedzcie? ;).

Wie ktoś może, jak przestać balansować?

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

15 myśli na temat “WORK LIFE BALANS, CZYLI COŚ MI SIĘ DO DUPY PRZYKLEIŁO

  • 11 października 2017 o 20:03
    Permalink

    Tak już jest 🙂 Jak się zacznie to potem ciężko to krzesło odkleić 🙂 Ja od mojego nabawiłam się rwy kulszowej. Boli mnie dupa tak, że czasem nie dam rady sama wstać z łóżka 🙂 To jest dopiero przesrane 🙂 W pułapkę poprawiania i ulepszania też wiele razy wpadłam i czasem mi się jeszcze zdarzy, ale nigdy nie ma na świecie rzeczy w 100 % doskonałych i to mnie pociesza 🙂 Trzymam kciuki, żebyś i Ty się w tym odnalazła 🙂

    Odpowiedz
    • 11 października 2017 o 20:38
      Permalink

      Dzięki, Goga. Rwy szczerze współczuję. Przerabiałam w ciąży przez moment. Bolało… bardzo ;).

      Odpowiedz
    • 12 października 2017 o 10:07
      Permalink

      Oj, nazwa rwa na pewno nie przez przypadek rymuje się z czymś innym, co się kończy na rwa. Dwa razy mnie dopadło w życiu, ostatnio poskładało tak, że nawet leżenie bolało 🙁
      Pomogła mi zmiana fotela – trochę się pukałem w głowę, bo znajomy też po problemach z kręgosłupem polecił mi zajefajny fotel, ale za prawie 1K EURO (pojebało, nie?), ale przyszedł taki miesiąc, kiedy potrzebowałem kosztów i jakoś tak się udało zbić cenę do 600 i poszło. I okazało się, że od tamtej pory nie boli nic. Serio.
      Jak coś, to dam namiar na producenta foteli, dystrybutora poszukaj gdzieś u siebie.

      Minus jest taki, że nawet na prezesowskich fotelach, w które się zapadasz wręcz, po jakimś czasie mi niewygodnie 🙂

      Odpowiedz
      • 12 października 2017 o 10:25
        Permalink

        Dzięki, ale wymienię na jakiś najprostszy model 🙂 Ciekawe czy ból tyłka zniknie 😀

        Odpowiedz
  • 11 października 2017 o 20:49
    Permalink

    😀 Swoją drogą właśnie zaczęłam się zastanawiać, jak daleko można się posunąć (rany, same seksualne skojarzenia dziś!) nazywając swój zawód freelancem.

    Odpowiedz
  • 12 października 2017 o 07:58
    Permalink

    Trzeba ponownie przewartościować wszystko i ustalić co jest dla Ciebie najważniejsze i tu smutna wiadomość – nikt nie zrobi tego za Ciebie.

    Odpowiedz
  • 12 października 2017 o 10:03
    Permalink

    Oj, znamy to i to aż za dobrze. Jakieś 8-9 lat nam zajęło zrozumienie, że nie tędy droga. I najlepsze jest to, że paradoksalnie od tego momentu zaczęło iśc naprawdę dobrze – ciągle zapomnij o 8h i do domu, ale to już nie jest 12h czy 16. No i niedziele już mam wolne. Przeważnie 🙂
    Tobie życzę, żeby to przyszło dużo wcześniej 🙂

    Odpowiedz
  • 15 października 2017 o 12:24
    Permalink

    Swojej działalności nie mam, ale temat znam chyba aż za dobrze. Największym złudzeniem work-life balance jest chyba to, że nadejdzie kiedyś taki moment, kiedy swoją pracę skończymy. Nie będzie już nic do zrobienia, a my z czystą głową i satysfakcją na twarzy będziemy wylegiwać się w wannie pełnej piany. I będzie to godzina 14.00 w środę. Tymczasem praca nigdy się nie kończy. Zawsze można zrobić coś więcej, zawsze coś tam zostaje, zawsze można zacząć się stresować tym, o czym wiadomo, że trzeba to będzie zrobić za miesiąc a teraz jeszcze się nie da. W pewnym momencie trzeba wstać z krzesła i wyjść. Dać sobie po buzi, jak uparte myśli będą wracać w stronę wspomnianego już mebla. Olać niezrobione pranie i wyciągnąć się w tej wannie.
    Nawet jeśli nie dasz się z siebie w pracy 100% to jeszcze nie znaczy, że ją stracisz, że coś zawalisz, że nie będzie na Ciebie czekać następnego dnia rano. Takie wnioski jestem w stanie zaprezentować po dwóch latach w korpo. 🙂

    Odpowiedz
    • 17 października 2017 o 21:11
      Permalink

      Pracowałaś 2 lata w korpo? Kiedy? Ja mam wrażenie, że Ty jeszcze taka młodziutka jesteś! Ale masz 100% racji. Tak właśnie jest. Dlatego trzeba ustalać priorytety.

      Odpowiedz
      • 24 października 2017 o 20:20
        Permalink

        Pracuję od dwóch lat. 🙂 Za dwa tygodnie kończę dwadzieścia siedem! Ale dziękuję, miło mi – czuję się prawie, jakby w sklepie poproszono mnie o dowód osobisty. 🙂

        Odpowiedz
  • 15 października 2017 o 23:22
    Permalink

    Ja, kiedy dopada mnie filozoficzny nastrój, to sobie tak myślę, kurna, że po to był ten Wielki Wybuch, zagłada dinozaurów, wszystkie wojny światowe, rewolucja przemysłowa i rewolucja seksualna…żebyśmy teraz gapili się w ekran, przestawiając piksele z kąta w kąt z fotelem przyklejonym do…dupy!? 🙂

    Odpowiedz
    • 17 października 2017 o 21:13
      Permalink

      :)))))))))))))) Boskie! To teraz nie wiem, czuć się winną tego, że dinozaury wyginęły, czy nie? 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up