ZUPA (NIE) BYŁA ZA SŁONA!

Jako gospodyni domowa zdecydowanie zasługuję na kubeczek ChPD. Pretendowałabym do tytułu, ale niestety jest on dawno zajęty. A nosząca koronę królowa zdążyła na ten temat już książkę napisać. Ja też zdążyłam. Tylko na nieco inny. I wcale nie o tym, że zupa (nie) była za słona!

Stertę prania mam w domu przeogromną. Złożoną z wsadów z co najmniej pięciu pralek. Była nawet posegregowana, ale jakoś tak wyszło, że się znów wszystko pomieszało. Co więcej, nie tylko nie chce mi się tego wszystkiego wyprasować. Mnie się nawet nie chce niewyprasowanego do szaf powkładać. Trzeba by to było przecież wtedy posegregować.

NAJMODNIEJSZE MAJTASY A LA BRIDGET JONESmajtasy

Ponieważ dziś niedziela, trza się było w końcu ubrać jakoś po ludzku. I potomstwo również. Czyste gacie założyć. I tym podobne. Wyciągnęłam zatem ze sterty, ostatnią – nie tak bardzo jeszcze zużytą przekładaniem z prawa na lewo – parę majtasów dziecięcych dla Potwora Mniejszego i rzuciłam nią w syna. Pech chciał, że były to bokserki. Takie normalne, tradycyjne, męskie bokserki. Z angry birdsami. Młody na co dzień nie nosi gaci z nogawkami, więc założywszy owe gacie na dupkę, zadał pytanie zasadnicze:

– A dlaczego takie majty dziś?

Popatrzyłam na niego spod oka. Bo mi się prać i prasować nie chciało? Niee, odpada. Tego mu nie powiem. Nie przyznam do własnego lenistwa. Głupia bym była. Postanowiłam wykorzystać jako argument aurę za oknem.

– Ponieważ to są takie cieplutkie majty. Żeby ci w pupę było ciepło, jak pójdziemy na spacer. Tata też takie nosi – wiłam się jak piskorz z tłumaczeniami, używając koronnego autorytetu ojca. Przecież jak bachor odmówi włożenia tych gaci, to chyba tylko własne mu na tę dupinę wcisnę. A zawinie się nimi trzy razy dookoła. – To są BOKSERKI!

Odwołanie do ulubionego sportu dziecięcia odniosło spodziewany skutek. Niestety przyniosło też i jego konsekwencję i zaraz gorzko pożałowałam sprytu. Potworkowi bowiem zalśniły oczy blaskiem radosnym. Podskoczył w miejscu i wykrzyknął:

– Bokserki? Ja lubię boks! – oświadczył. I jak powiedział, tak też – dla podkreślenia powagi sytuacji – udokumentował czynem.

I tak oto będę się jutro gęsto na zakładzie tłumaczyć, że mąż mnie nie bije. Nie, nie ma takich skłonności. Zupa nie była za słona! W ogóle jej nie było. Jak i całego obiadu. I kolacji też nie (no naprawdę zasługuję na ten kubek!). A na treningu zapadnę się ze wstydu pod ziemię, usiłując nieudolnym makijażem zakryć lekko podbite oko.

Karolina

Pani Matka. Żona. Pracownik na Zakładzie. Z trudem ogarniam i tak niełatwą rzeczywistość, mając na pokładzie dwa Potworne Potwory, dwa jeszcze bardziej Potworne Koteły i na dodatek Patyczaka. Mąż bywa również, a jakże... z doskoku.

38 myśli na temat “ZUPA (NIE) BYŁA ZA SŁONA!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up